Mam zaszczyt zaprezentować Wam fragment książki "Wilczy Legion" autor: Adam Przechrzta.
Autorem ilustracji jest: Jarosław Musiał
Książka ukaże się w tym roku wydana przez Fabrykę Słów, zapraszam do lektury:
Ministerstwo Spraw Wojskowych
Ściśle tajne!
Sztab Generalny
Oddział II
Wg danych policyjnych podejrzani o sympatie komunistyczne lub nacjonalistyczne mieszkańcy wsi to:
– Lickiewicz Nikifor
– Szparło Trofim
– Kuchtiej Stefan
Na terenie wioski nie udało się umieścić stałego informatora. Współpracujący z policją konfident Jakucenia Bazyli został zamordowany 3 marca br. Jedynym (choć dość niechętnym) źródłem wiarygodnych informacji może być Gintof Aleksander, kawaler orderu Virtuti Militari z okresu wojny polsko-sowieckiej.
Rozdzielnik:
Samodzielny Referat Informacyjny O.K. VI Lwów
Kontrwywiadowczy Posterunek Oficerski nr 1/III w Równem
Henryk Rodan
Kapitan Szt. Gen.
Drabina zatrzeszczała złowieszczo pod ciężarem zwalistego cielska, w chwilę później sierżant Tomczak wykonał dwa starannie zaplanowane kroki, usiłując stąpać tylko po zdrowych, nieskrzypiących deskach, i położył się na materacu pod oknem. Dochodziło południe. Mimo iż znajdowali się na stryszku, teoretycznie osłonięci przed słonecznym żarem, męczył ich niemiłosierny upał. Byli wycieńczeni z głodu, odwodnieni, cuchnęli zastarzałym potem. Od tygodnia nie zmieniali łachów mających upodabniać ich do ukraińskich chłopów. Planowana na trzy dni zasadzka przeciągała się. Od przedwczoraj racjonowali żywność i wodę.
– Jeszcze kilka godzin i nie będziemy w stanie nawet nacisnąć spustu. – Przekazał alfabetem głuchoniemych sierżant.
– Zamknij się, łysa małpo – odpowiedział w ten sam sposób Krohne. – Jak nie przyjdą do wieczora, zbieramy się stąd – dodał po chwili.
Zakończywszy pełnym rezygnacji gestem, młody, szczupły mężczyzna z blizną na twarzy położył się na wznak, tuląc do piersi strzelbę okopową. Każdy z pocisków używanego jeszcze w czasie ostatniej wojny winchestera zawierał tuzin loftek średnicy 8 mm. Jeden strzał stanowił odpowiednik długiej serii z karabinu maszynowego i na bliską odległość mógł dosłownie zmasakrować wroga. Jego towarzysz w zupełności zasługiwał na określenie „łysa małpa”. Potężnie zbudowany, ważący sto kilkadziesiąt kilogramów sierżant nie należał do specjalnie urodziwych przedstawicieli męskiego rodu. Krzaczaste brwi, niemal bezrzęse powieki, bladoniebieskie oczy w odcieniu zamarzniętej kałuży i pokryta szramami, pozbawiona owłosienia głowa składały się na odpowiadającą opisowi Krohnego całość. Tomczak uzbrojony był w ważący prawie dziesięć kilogramów karabin maszynowy Browninga nazywany przez żołnierzy BAR-em. Tuż obok leżało kilka dwudziestonabojowych magazynków, nie widać było natomiast nigdzie używanego przez większość śmiertelników dwójnoga, służącego jako podpórka do ciężkiej, nieporęcznej broni. Wyglądało na to, że w ocenie Tomczaka taki drobiazg jest mu niepotrzebny.
Z zewnątrz dobiegło ich szczekanie psów, zakwiczała jakaś świnia w chlewie poniżej, jednak nie było w tych odgłosach niczego niezwykłego. Przez dni, które spędzili na stryszku w obejściu należącym do mieszkającego na skraju wsi Stasiuka, przyzwyczaili się już do odgłosów wydawanych przez Stasiukowe pieszczoszki, rozpoznawali ich ton. Nie pobrzmiewała w nich panika czy niepokój, ot, takie sobie świńskie rozmówki.
Po chwili ktoś zaczął rąbać drewno, zapewne gospodarz zwalczył wczorajszego kaca i postanowił coś zrobić w obejściu, gdyby nie dwudziestokilkuletnia córka – Marysia, chylące się ku upadkowi gospodarstwo dawno przestałoby przynosić jakikolwiek dochód. Stasiuk był pijakiem i patentowanym leniem. To stało się powodem, jednym z powodów, dla których Krohne i Tomczak chowali się na strychu bez wiedzy gospodarza. Nie potrzebowali jego pomocy, choć brak takowej zwiększał niedogodności związane z zasadzką, ale przynajmniej było wiadomo, że nie wygada się w pijanym widzie. Po namyśle uznali też, że lepiej będzie nie informować o niczym skądinąd sympatycznej Marysi. Co prawda bandyci kilkakrotnie obrabowali Stasiuków, jednak napady na to akurat gospodarstwo mogły być sfingowane. We wsi zamieszkałej przynajmniej od stu lat zarówno przez Polaków jak i Ukraińców sympatie kształtowały się różnie. Nie wszyscy Ukraińcy nienawidzili Polski, nie wszyscy Polacy ją kochali.
Energiczne kopnięcie w łydkę wyrwało Krohnego z letargu, poderwał się od razu czujny, z palcem na spuście, zerknął przez okienko. Stasiuk nadal rąbał drzewo, a Marysia niosła do chałupy kosz świeżo zerwanych w sadzie jabłek.
– Co się stało? – zapytał bezgłośnie.
– Prawdziwa Pomona – odparł z rozmarzoną twarzą Tomczak.
Rzeczywiście dorodna dziewczyna mogła się kojarzyć z rzymską boginią sadów, ale Krohne nie miał ochoty wysłuchiwać erotycznych fantazji podwładnego.
– Udusiłaby cię udami – stwierdził złośliwie. – No i najpierw musiałbyś ją złapać...
Sierżant był tak samo ofiarą swojego wyglądu, jak i zasad życiowych. Znał biegle cztery języki i należał do najinteligentniejszych pracowników „Dwójki”, jednak wzbraniał się przed awansami, gdyż jak uważał, zmniejszyłoby to jego szanse na udział w akcjach bojowych. A tych potrzebował jak ryba wody. Stąd rzeczywiście niewiele kobiet zwracało na niego uwagę – co innego brzydki sierżant, a co innego mało przystojny major; wyjątkiem były kręcące się na obrzeżu kryminalnego światka, podejrzanej konduity dziewczyny na Pradze. Tomczak mieszkał tam od dziecka i cieszył się szacunkiem lokalnych opryszków, co przekładało się na niejakie sukcesy u płci pięknej.
Dalszą wymianę zdań przerwał im okrzyk Marysi, dziewczyna wypuściła z ręki koszyk i nie zwracając uwagi na rozsypane jabłka, rzuciła się do ucieczki w stronę sadu. Do obejścia wbiegło dwóch obszarpańców, kilkunastu innych pojawiło się na świetnie widocznej ze stryszku piaszczystej drodze. Stasiuk z głuchym warknięciem uderzył jednego ze ścigających córkę bandytów siekierą, z przerąbanego barku trysnęła krew. Drugi wystrzelił z ukrytego pod kurtką obrzyna, trafił Stasiuka w pierś. Słysząc strzał, maszerujący dotąd beztrosko intruzi sformowali się w tyralierę, ruszyli na gospodarstwo. Błysnęły w słońcu lufy karabinów, ktoś wyciągnął nawet granat. Krohne wybiegł na podwórze i strzelił niemal z przyłożenia w plecy pochylonego nad leżącym Stasiukiem napastnika. Przyklęknął i opróżnił magazynek, celując w stłoczonych przy furtce bandytów. Słychać było czyjeś wycie i krótkie, przypominające warknięcia serie z BAR-a, to sierżant smagał drogę ołowianym deszczem. Kapitan odwrócił Stasiuka na wznak, nie wypuszczając z drugiej ręki broni. Mężczyzna broczył obficie krwią, ale wyglądało na to, że żyje.
– Zostało jeszcze dwóch! – krzyknął z góry Tomczak. – Czają się za płotem, piętnaście metrów na lewo od furtki, mam ich w martwej strefie, ale jak się ruszą, to ich dorwę!
Krohne wytarł o spodnie zaplamioną krwią dłoń, załadował strzelbę i ruszył schylony wzdłuż płotu. Wokół panowała złowieszcza cisza, nawet psy przestały szczekać. Nikomu nie przyjdzie nawet na myśl, żeby zadzwonić po pomoc, pomyślał Johannes, zaciskając zęby. W pobliskim miasteczku stacjonował szwadron kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza. Oczywiście bandyci mogli przed wejściem do wsi zerwać druty – telefon miał tylko sołtys, drugi znajdował się w oddalonym o kilometr dworku.
Coś zaszeleściło po drugiej stronie płotu i Krohne wystrzelił trzykrotnie, przetoczył się po trawie, zmieniając pozycję przewrotem przez bark. Pociski bez trudu przebiły wysuszone, popękane deski, rozległ się cichy jęk zakończony bulgotem, a na drogę wyprysnął mężczyzna w cyklistówce na głowie. W ręku trzymał karabin Mannlichera. Kapitan poderwał się z bronią gotową do strzału, ale Tomczak był szybszy. Uciekiniera zatrzymała seria z erkaemu, po której zwinął się na ziemi jak robak. Zza płotu doszedł Krohnego czyjś wysilony, chrapliwy oddech i ciche, stłumione jęki. Oficer bez pośpiechu pomaszerował wzdłuż ogrodzenia, przeszedł przez furtkę i skierował ku jęczącemu, trzymającemu się za brzuch mężczyźnie. Kątem oka zauważył klęczącą przy ojcu Marysię, dziewczyna z bladą jak chusta twarzą usiłowała opatrzyć mu rany. Za plecami Krohnego rozległy się ciężkie kroki – Tomczak potrafił chodzić bezszelestnie, ale teraz dawał znać, że pilnuje pleców towarzysza. Obaj uczestniczyli w niejednej takiej akcji.
– Pomyłujte, pomagite – wyszeptał błagalnym tonem postrzelony.
Jego młodzieńcza, nieledwie dziecinna twarz wykrzywiona była w grymasie bólu, spomiędzy obejmujących brzuch palców sączyły się strużki krwi. Tomczak chrząknął pytająco. Krohne przyłożył lufę do ucha rannego i nacisnął spust. Głowa chłopaka rozbryznęła się jak przejrzały melon.
– Ależ z ciebie zimnokrwisty skurwysyn – skonstatował Tomczak.
– O co ci chodzi? – odburknął Krohne.
– Przecież prosił o litość...
– Założę się, że ta zamordowana w zeszłym tygodniu służąca też błagała o miłosierdzie. A jednak zgwałcili ją i utopili pod kołem młyńskim. Nie sądzę, aby nasz młodzian czyścił wówczas paznokcie. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. – Wzruszył ramionami Krohne.
Zawrócili do gospodarstwa Stasiuków, po drodze kapitan jeszcze raz przystanął i strzelił, we wsi zaczęły szczekać psy, wyczuły, że jest po wszystkim. Podeszli do klęczącej nadal przy ojcu Marysi i przenieśli Stasiuka na łóżko do chałupy.
– Co z nim? – zapytała dziewczyna, splatając nerwowo palce.
– Jeśli nie wda się zakażenie, powinien przeżyć – powiedział znużonym tonem Krohne. – Idź do domu sołtysa i każ mu zadzwonić do miasteczka po lekarza i wojsko. Chyba że przerwali druty, wtedy trzeba będzie wysłać kogoś konno.
– Będzie się bał – wyszeptała.
Tomczak pokręcił przecząco głową.
– Już nie – rzucił z chłodnym uśmieszkiem. – Wszyscy ci, którzy mogliby mu coś zrobić, gryzą ziemię. Jeśli miałby jakieś wątpliwości, powiedz, że kapitan Krohne i sierżant Tomczak przyjdą go poprosić osobiście...
W głosie mężczyzny nie było groźby, ale Marysia wzdrygnęła się jak smagnięta batem, wybiegła z domu.
– Nie strasz jej, gorylu – mruknął Krohne.
Sierżant prychnął pogardliwie i zniknął gdzieś na chwilę. Wrócił z glinianym, pełnym mleka dzbanem. Udając, że nie widzi wyciągniętej ręki oficera, przechylił naczynie, napił się i okazał satysfakcję solidnym beknięciem. Dopiero wtedy przekazał swój łup Krohnemu.
– Niesubordynacja i brak szacunku dla starszych stopniem – wymamrotał tamten, pijąc łapczywie. – Może trochę chleba?
– Nie. Nie – powtórzył sierżant z naciskiem. – Porzygasz się. Zjemy coś lekkiego za dwie godziny.
Krohne westchnął, ale nie protestował. Odstawił opróżniony dzbanek i przymknął oczy, momentalnie zapadł w sen.
* * *
Krohne i Tomczak wlekli się pylistą, porytą koleinami drogą, każdy z nich dźwigał na plecach wielki, wypchany worek. Kanciaste miejscami kształty pakunków sugerowały, że poza wszystkim innym zawierają broń. Krohne postanowił, że po zakończonej sukcesem akcji zatrzymają się w pobliskim majątku należącym do rodziny Koryckich.
– Pogonią nas, wyglądamy jak włóczędzy – marudził sierżant. – No i wypadałoby pomóc Marysi...
Odpowiedziało mu lekceważące mruknięcie. Stasiuk został przewieziony do pobliskiego szpitala, a okolicę przeszukiwali żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza. Jeśli nawet bandyci mieli jakichś zwolenników albo informatorów w wiosce, było mocno wątpliwe, czy w tych okolicznościach odważą się oni w jakikolwiek sposób ujawnić swoje sympatie.
– Myślę, że ta twoja Pomona i tak nie jest w romantycznym nastroju. Musiała się nieźle przestraszyć.
– Ale zachowała zimną krew – zauważył Tomczak.
– Bo to zdrowa, wiejska dziewucha, gdyby tak trafiło na miastową paniusię, cucilibyśmy ją do tej pory.
Za zakrętem drogi ujrzeli okazały, jakby żywcem wyjęty z dziewiętnastowiecznej powieści dworek: czterospadowy dach nad piętrowym pałacykiem błyszczał w promieniach zachodzącego słońca, flankowały go niższe, przysadziste budynki gospodarcze. Ustawione na dziedzińcu lando i powóz typu vis-à-vis sugerowały względną zamożność właścicieli. Z bliska było widać, że wokół panuje ład i porządek, nawet krzątający się przy stajni pracownicy odbijali na korzyść od mieszkańców wioski, ich ubrania, choć skromne, sprawiały wrażenie wyprodukowanych w fabryce w odróżnieniu od używanych przez polskich i ukraińskich chłopów samodziałów. Pracą kierował korpulentny jegomość z sumiastymi wąsami. Właśnie nadzorował podkuwanie potężnego, nerwowego deresza. Nie wyglądał na właściciela majątku, raczej na zarządcę. Konia trzymało dwóch solidnie zbudowanych mężczyzn, ich spocone twarze i napięte mięśnie świadczyły, że zwierzę nie najlepiej znosi tę czynność.
– Wynocha stąd! – warknął wąsacz, odwracając ku przybyłym ogorzałą od słońca, brutalną w wyrazie twarz.
– Chcemy się widzieć z właścicielem majątku – powiedział chłodno Krohne.
– Słyszałeś, dziadu, co mówiłem?!
Na dziedzińcu zapadła cisza, tylko z wnętrza kuźni dochodziły odgłosy regularnych uderzeń. Ktoś odprowadził konia, pozostali pracownicy odsunęli się pod ściany, po twarzach niektórych przemknął cień obawy. Wyglądało na to, że rozmówca Krohnego nie jest bynajmniej ulubieńcem miejscowych...
Kapitan bez słowa rzucił na ziemię worek i podszedł do zarządcy spokojnym, niespiesznym krokiem. Uderzył bez ostrzeżenia, nie odchylając barku, znienacka. Przydeptał zakurzonym butem gardło powalonego.
– Powiedz właścicielowi, że kapitan Krohne chce się z nim widzieć. Masz dwie minuty, jeśli potrwa to dłużej, pójdę cię poszukać – poinformował.
Wytoczywszy się spod oficerskiego buta, wąsacz otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Na poczerwieniałej twarzy i szyi nabrzmiały żyły. Krohne oszczędnym gestem podciągnął mankiet złachanej marynarki, demonstracyjnie spojrzał na zegarek. Widząc złotą Doxę, zarządca zrezygnował, odwrócił się i wszedł do dworku.
– Jesteś prawdziwym mistrzem nawiązywania przyjaznych stosunków międzyludzkich – skomentował półgłosem Tomczak.
Podobnie jak kapitan postawił swój worek na ziemi, sięgnął do środka, rozglądając się czujnie dokoła. Jednak nie wyglądało na to, by ktokolwiek chciał się mścić za upokorzenie, jakie spotkało zarządcę. Wręcz przeciwnie – pełne uznania spojrzenia rzucane w kierunku Krohnego świadczyły o skrywanej satysfakcji świadków zajścia.
– Przecież nawiązałem – zdziwił się Johannes z udaną naiwnością. – Po prostu dostosowałem się do poziomu rozmówcy...
Pomógł: 12 razy Wiek: 47 Dołączył: 13 Sie 2005 Posty: 260 Skąd: Shangri - La
Wysłany: 01-08-2009, 20:31
Eee... "Zapach szkła" napisał Ziemiański, to jednak inny autor Jeśli chodzi natomiast o zbiór "Wilczy Legion", można przeczytać tytułowe opowiadanie w Nowej Fantastyce 8/2008.
_________________ C'est grand malheur de ne pouvoir etre seul...
"Wilczy Legion" Adama Przechrzty ma premierę 9 października.
Zamieszczamy kolejny fragment:
Minęło sześć godzin od egzekucji Katii. Sześć godzin, dwanaście minut i czterdzieści pięć sekund, poprawił się pedantycznie Krohne, spoglądając na zegarek. Podniósł w górę kieliszek wódki i wychylił, nie czując smaku alkoholu. Mimo normalnego w porze kolacyjnej tłoku siedział sam przy stoliku. Otaczał go niewidzialny bąbel rezygnacji i rozpaczy odpychający bywalców kasyna.
Gdzieś, na granicy pola widzenia, majaczyły znajome sylwetki, zatroskane twarze. Nie zwracał na to uwagi. Pił. Plotki związane z aresztowaniem Katii zataczały coraz szersze kręgi, prędzej czy później dotrą do dowództwa.
Katia – Istriebitiel. Agentów tej klasy Rosjanie nazywali „Niszczycielami”. „Szwab” Krohne przespał się z sowiecką suką. Paradne! Co będzie efektem plotek? Degradacja czy relegowanie z armii? Było mu wszystko jedno.
– I jak się, Szwabie, pieprzyło z tą suką?
Dopiero po chwili Krohne zdał sobie sprawę, że to, co przed chwilą usłyszał, nie było echem jego własnych myśli. W kasynie zapadła cisza. Przed stołem majora zatrzymał się, chwiejąc nieznacznie, nieznajomy kapitan. Buchający od niego odór alkoholu pochodził głównie z oblanego wódką
munduru. Arogant tylko udawał pijanego. Za nim czaiło się kilkunastu innych oficerów, w tym jeden w stopniu podpułkownika.
– Spieprzaj, gówniarzu – odezwał się bez gniewu Krohne.
– A może jednak nie? – Uśmiechnął się tamten nieprzyjemnie.
– Moi sekundanci...
– Pojedynki są prawnie zakazane – oznajmił słodko niski, korpulentny podpułkownik, najwyraźniej prowodyr całego zajścia. – To niewłaściwe, aby z powodu scysji z takim gównem jak pan, majorze, zablokowano komuś awans czy wyrzucono z armii.
– Zapewne ma pan, pułkowniku, gotowe rozwiązanie tego problemu – zadrwił Krohne.
– O tak. Gdyby nie chował się pan za pagonami, można by to załatwić w bardziej... bezpośredni sposób.
– Rozumiem, że chce pan, żebym ściągnął mundur i wdał się w mordobicie z pańskim czempionem? – doprecyzował major.
– Dokładnie.
– A ci pozostali panowie to widownia czy wsparcie?
– Ci patriotycznie nastawieni oficerowie zrobią to samo, co pan kapitan, któremu nie spodobało się pańskie postępowanie.
– Znaczy wszyscy będą lać Janka? – zapytał ze zdziwieniem znany pojedynkowicz, rotmistrz Narbutt‑Odolanicki.
– Rozumie pan, panie rotmistrzu, że w tej sytuacji trudno pana majora uznać za człowieka honoru – odparł poczerwieniały nagle gruby podpułkownik. – Ale oczywiście pojedynczo...
– W porządku, zdejmujcie mundury – zakończył dyskusję Krohne.
Jednym szarpnięciem zdarł z siebie bluzę i podszedł do podobnie rozebranego adwersarza.
– Chwileczkę! – powiedział ktoś ostro. – Może załatwimy to hurtem?
U boku majora stanął szef wydziału szyfrów, pułkownik Jeżewski w podkoszulku, w chwilę później Narbutt‑Odolanicki i znany z zamiłowania do skoków spadochronowych kapitan Dubicz. Dołączyli i inni. Wszyscy pod czterdziestkę, jak Krohne, z pociętymi przez szable barkami, szramami od noży i kul przypominali watahę obliźnionych wilków. Doświadczonych, posiwiałych i śmiertelnie niebezpiecznych.
– Czekamy już tylko na pana, pułkowniku – ponaglił z ironią jakiś kompletnie nieznany Krohnemu muskularny komandor, z chrzęstem zacisnąwszy pięści. Gdzieś z tyłu dowódca żandarmerii garnizonu warszawskiego klął w żywy kamień, że nie wypada mu dołączyć do bójki. Purpurowy z wściekłości otyły podpułkownik zdjął wreszcie górę od munduru i stanął w szeregu swoich popleczników.
– Tylko bez broni niekonwencjonalnej – zapowiedział stanowczo Narbutt‑Odolanicki.
– Żadnych nóg od stołu, krzeseł i innych takich. Jak mawiają Rosjanie: stienka na stienku. Tolko kułacznyj boj. Oczywiście bez jakichś sztywnych reguł...
– Niech będzie ława na ławę – sapnął z zadowoleniem Jeżewski. – Teraz! – krzyknął, biorąc zamach pięścią wielkości sporej szynki.
Krohne tanecznym ruchem uchylił się przed ciosem kapitana i zadał trzy suche, krótkie uderzenia w korpus. Wokół kłębiło się kilkanaście ciał, parę osób leżało już bezwładnie na podłodze wśród szczątków porozbijanych mebli. Rozejrzał się w poszukiwaniu następnego przeciwnika, ale wyglądało na to, że jest już z grubsza po wszystkim. Wilki wygrały. Tylko w kącie sali Narbutt‑Odolanicki maltretował jeszcze otyłego podpułkownika, uderzając go raz za razem głową w twarz.
– Co za chamskie metody – narzekał, łamiąc nos adwersarza. – Ale jak trzeba, to trzeba... Signum temporis, kurwa.
Wreszcie grubas zwiotczał i padł na podłogę. Krohne ze zdziwieniem zobaczył pocierającego podbite oko Distergoffa. Przez bandaż na czole pułkownika przebijała czerwona plama.
– Dziękuję – wyjąkał. – Dziękuję wam wszystkim, ale dlaczego wy tak...?
– Przecież jesteśmy z tego samego stada – mruknął Jeżewski. – Wilczy Legion, no to jak by to wyglądało, gdybyśmy zostawili swojego?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum