Wysłany: 22-06-2009, 11:30 Zapiski oficera Armii Czerwonej
Cytat:
ZAPISKI OFICERA
ARMII
CZERWONEJ
Sergiusz Piasecki
dedykujemy wszystkim komuchom, lewakom, tolerastom, 'europejczykom', postępowcom i pajacom, oświeconym i ...ciemnym
to jest o was i dla was - polonica.net
22 września, 1939 roku. Vilnius.
Towarzyszowi I.W. Stalinowi
Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra. Lecz nie ma siły na świecie, która by powstrzymała żołnierzy niezwyciężonej Armii Czerwonej, idących dumnie i radośnie wyzwalać z burżuazyjnego jarzma swych braci: chłopów i robotników całego świata.
Zaskoczyliśmy nieprzyjaciela całkowicie. Ja szedłem pierwszy z pistoletem w pogotowiu.
Za mną bojcy. Na granicy nie spotkaliśmy nikogo. Drogę zastąpił nam jakiś zezwierzęcony żołnierz faszystowski. Przystawiłem mu pistolet do piersi, a bojcy bagnety.
– Ręce do góry, pachołku!
Rozbroiliśmy go i szorujemy do środka. Prawie wszyscy tam spali. Nikt nie stawiał oporu.
Zabraliśmy broń ze stojaków i wyłączyli telefon. Spytałem jednego z żołnierzy:
– Gdzie wasz dowódca?
– Ten – wskazał palcem.
Patrzę ja: zupełnie chudy pan. Może nawet z robotników wygrzebał się, swych braci sprzedając. Tacy są najgorsi. Pytam ja go:
– Ty tu dowódca?
– Ja – powiada. – O co chodzi?
Złość mnie porwała, lecz nie miałem czasu porządnie z nim rozprawić się. Tylko powiedziałem:
– Skończyło się twoje panowanie i koniec waszej pańskiej Polsce! Napiliście się dużo ludzkiej krwi! Teraz trzeba będzie i swoją wyrzygać!
Należałoby się, według sprawiedliwości, i jego i tych wszystkich otumanionych pachołków kapitalistycznych powystrzelać, chociaż kul szkoda na takie burżujskie ścierwo.
Ale rozkaz mieliśmy jasny: „Jeńców odsyłać na tyły”. Więc zostawiliśmy eskortę i poszli dalej. Nasze orły z NKWD tam z nimi rozprawią się. A nam szkoda czasu. Mamy do wykonania ważne bojowe zadanie.
Poszliśmy dalej wprost drogą. Kierunek na Mołodeczno. Cicho... Nigdzie ani światła, ani człowieka. Zdziwiło mnie to nawet. Tyle czytałem o przebiegłości polskich panów. A tymczasem myśmy ich przechytrzyli. Jak śnieg na głowę im spadliśmy.
Ech, żeby moja Dunia zobaczyła, jak dumnie i śmiało kroczyłem na czele całej Armii Czerwonej, jako obrońca proletariatu i jego wybawiciel! Ale pewnie spała i nie śniło się jej nawet, że ja, Miszka Zubow, stałem się tamtej nocy bohaterem Związku Radzieckiego. Nie wiedziała tego, że aby ona mogła spokojnie, radośnie i w dobrobycie żyć i pracować, ja szedłem w krwawą paszczę burżuazyjnego zwierza. Lecz jestem z tego dumny. Rozumiem, że przyniosłem do Polski, dla moich uciemiężonych przez panów braci i sióstr, światło nieznanej im wolności i naszą wielką, jedyną na świecie, prawdziwą sowiecką kulturę. Właśnie o to chodzi, o kulturę, psiakrew! Niech się przekonają, że bez panów i kapitalistów staną się wolnymi, szczęśliwymi ludźmi i budowniczymi wspólnej, socjalistycznej ojczyzny proletariatu. Niech odetchną wolnością! Niech zobaczą nasze osiągnięcia! Niech zrozumieją,
że tylko Rosja, wielka MATKA ludów uciemiężonych, może wybawić ludzkość od głodu, niewoli i wyzysku! Tak.
Dopiero po siedmiu kilometrach od granicy spotkał nas zwierzęcy opór krwawych kapitalistów. Zapewne ktoś ze strażnicy polskiej zdołał uciec, wykorzystując ciemność, i powiadomił burżuazję, że idzie niezwyciężona armia proletariatu. Ktoś krzyknął do nas coś w sobaczym polskim języku. Nie zrozumiałem co, tylko odpowiedziałem głośno i groźnie, aż echo poszło lasem:
– Poddaj się, faszysto, bo zniszczymy!
Przed nami zadudniło tylko. Więc my po krzakach, po rowach, jak wojskowa taktyka nakazuje – osłony szukać. Potem podciągnęliśmy maszynki i dawaj sypać po nich seriami.
Tylko las jęczał. Ze dwie godziny tak biliśmy z kulomiotów. Nikt nie odezwał się. Ale zawsze trzeba ostrożnie. Wróg chytry, może zaczaił się i czeka.
Tymczasem rozwidniło się. Patrzymy, na drodze przed nami naładowany sianem wóz stoi, a przy nim zabity koń leży. Więcej nikogo... Wtedy ruszyliśmy ostrożnie naprzód, aby w zasadzkę nie trafić. Ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Widocznie wróg zrozumiał z jaką potęgą ma do czynienia i haniebnie uciekł.
Takim to sposobem ja, młodszy lejtnant niezwyciężonej Armii Czerwonej wkroczyłem na czele mego plutonu do burżuazyjnej Polski. A stało się to nocą 17 września 1939 roku. Hura! hura! hura!
Zapiski te zaczynam w mieście Vilniusie. Piszę je na chwałę naszej potężnej Armii Czerwonej i – przede wszystkim – jej WIELKIEGO wodza, towarzysza Stalina. Jemu też, naturalnie, zadedykowałem je. Rozumiem dobrze, że pióro moje jest bezsilne, gdy chce opisać wielkiego naszego wodza i moją miłość dla niego. Na to trzeba pióra Puszkina lub
Majakowskiego. Ja zaś mogę tylko dokładnie zanotować to, co widzę i słyszę w tych wielkich, historycznych dniach, które wyzwoliły kilka uciśnionych narodów z kapitalistycznej niewoli.
Gdy myślę o naszym wielkim WODZU i NAUCZYCIELU, to czuję, że do oczu mi napływają łzy. Kim by ja był bez niego? Carskim niewolnikiem, gnębionym i eksploatowanym nieludzko. A teraz ja, którego ojciec był zwykłym robotnikiem, jestem oficerem. Mam zaszczyt należeć do komsomołu. Ukończyłem dziesięciolatkę. Umiem czytać i pisać prawie bez omyłek. Potrafię też rozmawiać telefonicznie. Znam poligramotę. Jem codziennie prawdziwy chleb. Chodzę w butach ze skóry. Jestem człowiekiem oświeconym i kulturalnym. Poza tym, korzystam z największych wolności, jakie może mieć człowiek na ziemi. Wolno mi nawet nazywać GO – naszego wodza – towarzyszem. Pomyślcie sobie tylko uczciwie: ja mam prawo swobodnie i wszędzie nazywać GO towarzyszem! Towarzysz Stalin!
TOWARZYSZ STALIN!... Otóż to jest moją największą dumą i radością!... Czy może obywatel państwa kapitalistycznego nazwać swego prezydenta lub króla towarzyszem?
Nigdy! Chyba tylko inny krwiożerczy prezydent, albo zezwierzęcony król. A ja... Czuję, że łzy radości i dumy napływają mi do oczu... Muszę przerwać pisanie i zapalić, bo nie wytrzymam nadmiaru szczęścia i serce mi pęknie.
23 września, 1939 roku. Vilnius.
Jestem obecnie w Vilniusie. Skierowano nas tu z Mołodeczna. Przyjechaliśmy pociągiem, bo nasi tankiści wyprzedzili piechotę i pierwsi zajęli miasto. Lecz uważam, że nieprzyjaciela zwyciężyliśmy właśnie my – piechota ze mną na czele, bo pierwsi przekroczyliśmy granicę i napędzili takiego strachu panom, że tylko piętami błysnęli.
Batalion nasz stoi w koszarach przy ulicy Wilkomierskiej. Nam, oficerom, Komendantura dała pozwolenie na zamieszkanie prywatnie w pobliżu koszar. Ja się ulokowałem przy ulicy Kalwaryjskiej w domu numer cztery. Przyszedłem tam wczoraj rano z „orderem” z Komendantury i pytam o prezesa Domkomu. A mnie powiedzieli, że żadnego domowego komitetu u nich nie ma i nie było. Splunąłem ja:
– Też porządki! Jakżeście tu żyli?
Powiadają:
– Normalnie. A sprawy meldunkowe załatwiał dozorca domu.
Poszedłem ja do dozorcy. Pokazali mi jego suterenę. Schodzę ja w dół i tak sobie myślę:
„Nareszcie zobaczę chociaż jednego eksploatowanego proletariusza”. Ale gdzie tam! Widzę ja w dużym pokoju siedzi tłusty, pięknie ubrany pan. Ja tylko na nogi jego spojrzałem i od razu zobaczyłem: buty z cholewami! A on nic. Siedzi i kawę pije. Na stole prawdziwy chleb leży i cukier w bańce stoi. Nawet kiełbasę na talerzu zauważyłem. Wielka mnie złość ogarnęła, że taki kapitalista dozorcę udaje. Ale nic nie powiedziałem, tylko tak sobie pomyślałem: „Przyjdzie i na ciebie czas! Skończy się twoje kiełbasiane życie i o butach też zapomnisz!”
Tymczasem mówię:
– Dzień dobry!
– Dzień dobry! – powiedział i na krzesło pokazał. – Siadajcie – dodał.
Usiadłem ja i jemu order z Komendantury na stole kładę.
– To – mówię – dotyczy mieszkania dla mnie w tym domu.
Wziął on papierek do ręki. Okulary na nos wsadził. Popatrzył na papier i tak, i owak. potem gada:
– Ja po rosyjsku mówić umiem, ale wszystkich liter nie znam. Sami mnie przeczytajcie, co tam stoi.
Przeczytałem ja jemu. A on powiada:
– Mieszkań wolnych mam aż trzy. Pięć pokojów i kuchnia. To jedno. A dwa są po trzy pokoje z kuchnią. Bierzcie które chcecie.
Ale ja jemu mówię, że mnie tylko jeden pokój potrzebny. Lecz chciałbym u uczciwych ludzi zamieszkać, żeby nie okradli. A za pokój będzie płacić Komendantura według „normy”.
On zastanowił się i mówi:
– Chyba najlepiej wam będzie u nauczycielek. Kobiety spokojne, na emeryturze. Chcą wydać dwa pokoje, ale możecie wziąć jeden.
To mi się podobało. Zawsze kobiety są mniej niebezpieczne. Może nie napadną niespodzianie, nie zarżną. Muszą być trochę kulturalniejszym elementem.
Poszliśmy razem do nauczycielek. Wszystkie były w domu. Jedna z nich dobrze po rosyjsku mówi.
– Chętnie – powiada – was na mieszkanie wezmę. Dla nas drogie. A tak to nam komorne obniżą.
– A gdzie gospodarz? – pytam – Pewnie z innymi kapitalistami uciekł.
– Tu gospodarza nie ma. Dom magistracki. Był rządca, ale powołali go do wojska. Na niemiecki front poszedł. A komorne zawsze płacimy do magistrackiej kasy.
Pokazują mi one swoje pokoje. Nigdy w życiu ja takiej rozkoszy nie widziałem. Po prostu rozpusta! Dywany nawet na podłodze leżą. I kwiaty różne. I żywy ptaszek, podobny do wróbla, ale żółty całkiem, w klatce poświstuje. I rozmaite tam stoły, stoliki, półki, półeczki, szafy, szafeczki, krzesła, fotele... Takie tam rzeczy są, że czort wie jak je nazwać! Ale nic.
Udaję, że to wszystko wcale mnie nie dziwi i że nie rozumiem tego, iż do kapitalistycznej jaskini eksploatatorów ludu pracującego trafiłem. W samo gniazdo burżujskich żmij.
Okazało się, że trzy baby w trzech pokojach mieszkały! Nauczycielki!!!...Ale nic, sowiecka władza je rozszyfruje. I „dozorcę” tego tak samo. Niech zaczekają troszkę. Dla wszystkich znajdzie się odpowiednie miejsce.
Umówiłem się ja z „nauczycielkami”, że wieczorem wprowadzę się. Oddały mi narożny pokój z balkonem. Zapytały, czy dużo mam rzeczy? Ale rzekłem im: „Jakie oficer bojowy może mieć rzeczy? Nic nie mam. To przecież wojna”. Powiedziały, że dadzą mi pościel.
Zgodziłem się na to, ale pomyślałem sobie: na jakiego czorta to mi jest potrzebne?
Pożegnaliśmy się bardzo spokojnie i kulturalnie, poszedłem ja miasto oglądać. Idę ja ulicami i widzę, że w prawdziwą burżujską jaskinię trafiłem. Publika na ulicach ubrana jak na bal. Każdy w skórzanych trzewikach, a niekiedy to nawet i w butach. Krawaty i kołnierzyki też u wielu zauważyłem. I prawie wszyscy są w kapeluszach. Ot pasożyty!... A
najdziwniejsze to są kobiety. Włosy każda ma uczesane jak aktorka filmowa. Na nogach cienkie pończochy, pewnie w Paryżu kupowane, gładkie, brązowe. Sukienki lekkie, kolorowe... jak kwiaty. W życiu swoim takich nie widziałem. Pięknie burżujskie ścierwo poubierane. Ja tak sobie idę i tak sobie myślę: „Chyba tu z całej Polski kapitaliści z żonami i
córkami zjechali się? Takie bogactwa!”
Trochę mnie nawet strasznie zrobiło się. Tyle tych krwiopijców dookoła szwenda się! Ale widzę i naszych chłopaków jest sporo. Chodzą ulicami i też fason trzymają. Każdy naperfumowany tak, że z daleka czuć. Niech burżuje przekonają się, jaka u nas kultura!
Szkoda, że i ja nie naperfumowałem się. Nie było czasu. Innym razem.
W jednym miejscu patrzę ja – piekarnia. W oknie chleb i bułki zauważyłem. Nawet ciastka były. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałem. Myślę sobie, albo to jest burżujska propaganda, albo specjalny sklep polskiego „Inturistu”. Stanąłem ja przy oknie i obserwuję.
Ludzie wchodzą, kupują, wychodzą. A ja tylko staram się zauważyć, czy specjalne stachanowskie „bony” mają czy zwykłe kartki? Ale trudno było to zrozumieć. Myślę ja sobie:
„Spróbuję i ja. A nuż sprzedadzą?” Wchodzę ja do środka, odkaszlnąłem i mówię, niby spokojnie:
– Proszę mi odważyć pół kilograma chleba.
Panienka, ładna taka i cycata, pyta:
– Jakiego?
Ja palcem pokazałem na najbielszy... jak bułka. I nic. Odważyła, nawet w papierek zawinęła i podaje mnie.
– Proszę pana – powiedziała.
Ja aż zdrętwiałem: panem mnie nazwała! Nie rozeznała się. Chyba tylko dlatego i chleb mi sprzedała. A może ślepawa trochę.
Pytam:
– Wiele płacę?
Mówi:
– Dziesięć groszy.
Dałem jej rubla, a ona mi całą kupę pańskich, kapitalistycznych pieniędzy reszty wydała. I o żadne „bony”, kwity czy „ordery” nie pytała nawet.
Wyszedłem ja ze sklepu. Chleb ciepły, biały, aż pachnie. Chciałem od razu zjeść, ale spostrzegłem, że na ulicy nikt nie je, tylko nasze chłopaki chodzą i pestki słonecznikowe gryzą. Wsadziłem ja chleb do kieszeni. Szkoda – myślę – że kilograma nie poprosiłem. Może by sprzedała. A sam liczę: toż wychodzi, że za naszego rubla mógłbym pięć kilo chleba kupić! Słodko żyło się burżujom, w tej dawnej Polsce, na krzywdzie roboczego narodu!
Idę ja dalej i widzę – znów piekarnia. Ludzie wchodzą, wychodzą, każdy coś tam kupuje.
Więc i ja się wziąłem na odwagę i jazda do środka. Tym razem już o kilo chleba poprosiłem.
Palcem też na biały pokazałem. I nic: odważyli, wzięli dwadzieścia groszy i chleb mi podali.
Szkoda – myślę – że dwóch kilogramów nie poprosiłem. Może by też sprzedali? Ale kto wie?
Lecz trochę dalej znów piekarnię dostrzegłem. Więc szoruję ja do środka i mówię... jakby całkiem nawet spokojnie i obojętnie:
– Poproszę o dwa kilogramy białego chleba.
A kapitalista, który chleb sprzedawał (nawet kołnierzyka i krawata nie zdjął, żeby klasowe pochodzenie ukryć) spytał:
– Może cały bochenek weźmiecie? Trzy kilo waży.
– Dawaj – powiedziałem.
Zapłaciłem ja 60 groszy, zabrałem chleb i wychodzę na ulicę. Idę ja i tak sobie rachuję: toż za dziewięćdziesiąt groszy, to znaczy mniej jak za rubla, kupiłem cztery i pół kilograma chleba i nawet w kolejce nie stałem. Nie mogę ja tego zrozumieć. Nie inaczej: kapitalistyczna propaganda. Tę sprawę będę musiał wyjaśnić.
Ponieważ niewygodnie było mi z chlebem po mieście łazić, poszedłem ja do koszar. Tam ruch wielki. Chłopaków pełno. Niektórzy z miasta poprzychodzili i cuda o głupocie polskich panów opowiadają. Okazało się, że tu nie tylko chleba, ale i słoniny, i kiełbasy można kupić ile kto chce. Niektórzy mówią, że tu zawsze tak było. Nie mogę ja w to uwierzyć.
Rzecz jasna, że jeśli sprzedawać ile kto chce, to kilku wykupi wszystko, inni zaś będą z głodu zdychać.
Wieczorem wprowadziłem się ja do swego pokoju. Nauczycielka (ta co po rosyjsku mówi) drzwi mnie otworzyła i pokój pokazała.
– Możecie być pewni, że tu czysto – powiedziała. – A myć się można w łazience.
Zaprowadziła mnie do pokoju obok kuchni. Tam jest piękna umywalka i duża wanna.
Popatrzyłem ja na to wszystko i tak sobie pomyślałem: „Zabić by ciebie trzeba na miejscu za to wszystko! Iluż naszych braci, chłopów i robotników, z głodu pozdychało, abyś ty, pasożytko, mogła w takiej wannie rozkoszować się!” Lecz nie powiedziałem jej tego. A ona trajkocze, krany kręci i pokazuje mnie, jak to działa. To ja jej wtedy powiedziałem:
– W porządku. Karabin maszynowy więcej ma chytrości i to dajemy sobie radę. A wasza wanna to głupstwo!
Poszedłem ja do swego pokoju i oglądam wszystko. Ale chodzić było niewygodnie, bo dywany przeszkadzają. Wyszedłem na balkon. A tam pełno kwiatów w donicach. Patrzę ja na miasto. Wieczór się zrobił. Słyszę nasi bojcy „Katiuszę” śpiewają. To i ja z nimi podciągnąłem. A potem jak zaświstałem, to tak mi smutno zrobiło się. I Duniaszka się przypomniała.. Jaka była taka była, ale zawsze baba i swoją przyjemność z nią miałem.
Postanowiłem, że list do niej napiszę. Poszedłem ja do pokoju, światło zapaliłem i do mojej sympatii takie oto pismo wyszykowałem:
[ Dodano: 22-06-2009, 11:31 ]
Cytat:
23 września, 1939 roku. Miasto Vilnius.
„Najukochańsza Duniaszka!
Piszę do ciebie ten list z samego centrum polskiej, burżuazyjnej jaskini. Potężnym ciosem naszej żelaznej, czerwonej pięści zmiażdżyliśmy polskich, faszystowsko – kapitalistycznych generałów i wyzwoliliśmy z ucisku burżuazyjnego, jęczący w szponach tyranów polski, robotniczo – włościański naród i wszystkie inne narodowości, nielitościwie gnębione i eksploatowane przez krwiożerczych panów.
Ja poszedłem na czele całej Armii Czerwonej i biłem faszystów i ich pachołków dopóki nie uciekli w popłochu. Mieszkam ja w pięknym domu, którego właściciel – kapitalista uciekł.
Tutejsze burżujki naznosiły mi kwiatów i zasłały cały pokój dywanami. A to wszystko ze strachu. Codziennie pływam w wannie. Wanna to są duże niecki, zrobione z żelaza, do których nalewa się wody i cały człowiek, nawet z nogami, może w nich się zmieścić.
Możesz być dumna ze swego Miszki, który, hardo krocząc pod sztandarem Lenina – Stalina, zmiótł na wieki zwierzęcy opór polskich zaborców i wyzwolił wszystkie, jęczące w kajdanach, narody.
Pisać do mnie możesz na Vilnius, bo pewnie przez jakiś czas tu jeszcze będziemy. Dokładny mój adres jest na kopercie.
Ściskam mocno twoją dłoń i łączę
komsomolskie pozdrowienie.
Lejtnant bohaterskiej Armii Czerwonej,
Michaił Zubow”.
Skończyłem ja list, zdjąłem buty, żeby za dywan nie zaczepiać się, i spaceruję sobie.
„Trzech tankistów” nagwizduję. Aż tu słyszę, ktoś do drzwi puka.
– Wejść – powiedziałem.
Do pokoju weszła dziewczynka lat dziesięciu. Sprytna taka. Widać od razu: burżujskie nasienie. Oczy po kątach latają. Pewnie na przeszpiegi ją przysłali, żeby zobaczyła, co ja robię.
– Mamusia – powiada – na herbatę was prosi.
Myślę ja sobie: iść, nie iść? Ale poszedłem. Byłem ciekaw zobaczyć, jak burżujki herbatę piją. Otóż przychodzę ja do ich stołowego pokoju. Widzę, biały obrus na stole leży, a na nim pełno różnych drogocennych naczyń. Ser na talerzu położony, mleko w dzbanku, wędlina jakaś, cukier w cukiernicy. Tylko chleba było mało.
Więc ja powiedziałem: „Zaczekajcie chwileczkę”. I wyszedłem. Wróciłem do swego pokoju i myślę: „Czy kilo chleba wziąć, czy cały bochenek?” Ale może dużo zeżrą? I mnie też jeść się zachciało. Wziąłem ja duży bochenek, przyniosłem do nich i położyłem na stole. „To – powiedziałem – do wspólnego użytku”.
– Ale na co to? – mówi jedna. – Chleba u nas dużo, tylko nie krajamy wszystkiego, żeby nie sechł.
– Nic – powiedziałem. – Proszę się nie krępować i jeść ile tylko która chce. Mnie stać na to, żeby i dwa takie bochenki kupić!
Popatrzyły one po sobie. Widocznie zadziwiająca była moja hojność. Herbaty mnie nalały...No, nic, rozmawiamy. Ta, co rosyjskim dobrze włada (Maria Aleksandrowna się nazywa), częstuje mnie: „Proszę sera! Proszę wędliny! A czemu masła na chleb nie smarujecie?”
– Gdzie masło? – spytałem.
Podsunęła ona mnie taki specjalny spodek z przykrywką, a w nim cos żółtego jak wosk.
Więc ja powiedziałem:
– A, tak to i jest masło! Mnie mama opowiadała, że kiedyś u nich też z mleka masło robili.
Zacząłem ja to ich masło na chleb smarować. Ale niewygodnie. Wałkuje się tylko. To trzeba by łyżką jeść a nie smarować. Wtedy ja sobie kawałek wędliny wziąłem. Ale cienko burżujki nakrajały. Widać, że skąpe są.
No, nic. Rozmawiamy. Pytam ja je, jak która się nazywa? Więc Maria Aleksandrowna na jedną pokazuje i mówi: „Pani Zofia”. A druga okazała się panią Stefanią.
– A jak mała się nazywa? – spytałem.
– Andzia.
– Czemu nie pani Andzia?
– Bo dzieci u nas woła się tylko po imieniu. Gdy dorośnie, to będzie panna Andzia.
„Naturalnie – pomyślałem – dopiero ją muszą na faszystkę i wroga ludu pracującego wyuczyć. Też dobrą gadzinę by z niej zrobili, jeśliby nie nasza radziecka władza przyszła!
Teraz skończą się te pańskie sztuczki!”
No, nic. Siedzimy sobie i rozmawiamy dość kulturalnie, to o pogodzie, to o urodzaju.
Widzę, że i ja ich sobaczy język trochę rozumiem. A czego nie zrozumiem, to mi zaraz Maria Aleksandrowna tłumaczy. I wszystko byłoby dobrze, ale jedna z nich (ta starsza, pani Zofia), mówi do mnie łamanym rosyjskim językiem:
– Panie lejtnancie, czy długo będziecie u nas w Wilnie?
Bardzo mi to pytanie nie spodobało się. Od razu zrozumiałem, że chciała sprytnym sposobem, od czerwonego oficera, strategicznych zamiarów wyższego dowództwa dowiedzieć się. Ale ja ją w lot rozgryzłem. Znamy się na faszystowskich wybiegach! Więc odpowiedziałem bardzo grzecznie i spokojnie, chociaż, właściwie, w mordę z miejsca bić należało się:
– Ile nam będzie chciało się, tyle tu i będziemy.
A ona znów:
– Panie lejtnancie czy podoba się wam nasze Wilno?
Zgrzytnąłem ja zębami. Kpi, cholera, ze mnie, czerwonego oficera i uczciwego bolszewika. Drugi raz już mnie „panem” nazwała. Ale zacisnąłem ja pod stołem pięści i staram się wytrzymać.
– Po pierwsze – powiadam – nie Wilno, lecz Vilnius. Ot co. Po drugie: nie wasze, ale nasze. Po trzecie: nie podoba mi się wcale, bo żadnej kultury nie ma. Nawet na dworcu woszebijki nie zauważyłem. Cóż to za życie! Cóż to za higiena! Cóż to za kultura!
Tu wtrąciła się Maria Aleksandrowna i mówi tak czysto po rosyjsku...bardzo to jest podejrzane i trzeba będzie o tym do NKWD zameldować. Więc powiada:
– Woszebijek u nas istotnie nie ma. Ale to dlatego, że wszy nie mamy. Więc po co woszebijki!
Same wy wszy jesteście – pomyślałem i powiadam:
– Woszebijki są potrzebne jako urządzenia sanitarne i higieniczne. Myszy też może nie być, a ot, kotów u was wszędzie mnóstwo. Ot co.
A tamta pierwsza (pani Zofia) znów do mnie zwraca się i widzę ja, morda chytra, chytra, chytra!
– Panie lejtnancie...
Ale ja tym razem dokończyć jej nie dałem. Rzuciłem nóż na stół i ryknąłem:
– Stul pysk, stara małpo! Żaden ja ci pan nie jestem, lecz obrońca proletariatu! Jestem od tego właśnie, żeby taką zarazę faszystowską jak ty niszczyć! Rozumiesz?! A jak nie rozumiesz, to ja ci zaraz to ręcznie wytłumaczę!
Jak machnę ja pięścią w stół, tak szklanki po nim i zaskakały. Dziewczynka płakać zaczęła. A Maria Aleksandrowna błaga mnie i omal też nie płacze.
– Michale Nikołajewiczu – powiada. – Nie gniewajcie się. U nas do każdego mówi się pan.
Nawet do żebraka. To tak samo jak we Francji „monsieur”, albo w Anglii „mister”.
Ale ja nie dałem się ułagodzić takim chamkom.
– Zaczekajcie trochę – powiedziałem. – Zrobimy porządek i z panami, i z musjami, i z mistrami! Na wszystkich czas przyjdzie i dla każdego odpowiednie miejsce się znajdzie! A mnie uczciwemu człowiekowi, w waszym pańskim towarzystwie siedzieć i herbatę spijać nie wypada! Do widzenia!
Wstałem ja. Naturalnie splunąłem. I dumnie wyszedłem. Nawet chleba swego ze stołu nie zabrałem. Niech uduszą się nim podłe faszystki!
Poszedłem ja spać. Łóżko, widzę, wysoko nasłane. Kołdra duża, lekka, miękka, w białą powłokę wsunięta. A na powłoce tej różne tam kwiatki, listki i motylki powyszywane. Dwie poduszki są... też w powłoczkach z kwiatami. No i prześcieradło. A wszystko to takie białe, jakby białą farbą pomalowane. Ja nawet palce pośliniłem i spróbowałem, czy maże?
Wlazłem ja w to ich łóżko i cały w nim utonąłem. Tylko nos na wierzchu. Kręciłem się ja, kręciłem i nic, sen nie bierze. Nie dla mnie, porządnego bolszewika, takie burżujskie wynalazki! Jak oni w takim czymś z babami śpią?... Wylazłem ja z łóżka, poduszkę pod ścianą położyłem, kołdrą owinąłem się i w dwa momenty usnąłem.
Rano wstaję. Widzę – słonce świeci. Pięknie.
Wyszedłem ja na balkon. Duży kawał miasta widać i rzeka też płynie... Westchnąłem ja: cudnie!... Niebo błękitne, błękitne, błękitne... Ot, myślę ja sobie, uszyłbym ja z takiego błękitu dla siebie koszulę, a dla Duni spódnicę.
8 października, 1939 roku. Vilnius.
Wczoraj otrzymałem ja miesięczna pensję: 700 rubli. Prowiant też wydali na cały tydzień naprzód: chleb, krupa, cukier, ryba, słonina, herbata i paczka tytoniu. Ot – pomyślałem ja sobie – żeby robotnicy państw kapitalistycznych zobaczyli, jak dba Związek Radziecki o swego obrońcę! Chleb, co prawda, był spleśniały; rybę trochę czuć, ale jeszcze jeść można; krupy potarły się na mąkę i jakby stęchły; słonina, naturalnie, zjełczała – pewnie dalekiego
transportu nie wytrzymuje; połowę tytoniu jakiś drań z paczki wyciągnął i trocin dosypał; cukier mokry – dla wagi. Ale to nieważne. Ważna jest troska o nas i pamięć. Otóż to właśnie.
A 700 rubli bardzo mi się przydało. Okazało się, że tu można za te pieniądze mnóstwo różnych dobrych rzeczy kupić. Ale trzeba spieszyć, póki burżuje nie opamiętali się i nie pochowali. Nasze władze taki kurs ustanowiły: 1 rubel jest równy 1 złotemu... Za 700 rubli co by ja u nas kupił? Nawet na lepsze buty nie wystarczyłoby. A tu, para trzewików 20 rubli, kilo cukru 1 rubel. I wszystkiego ile chcesz. Nawet w kolejce stać nie trzeba. Dobrze żyło się tu burżujom na krzywdzie proletariatu. Ale teraz i my pożyjemy rozkosznie zawdzięczając władzy radzieckiej. Ja już trzy dni kiełbasę jem. A na biały chleb to i patrzeć nie chcę, jedynie bułki różne wcinam.
Dziś rano wstąpiłem ja do zegarmistrza. Blisko mnie mieszka. W oknie u niego duży zegar jest, więc zawsze, gdy chciałem wiedzieć która jest godzina, na dół schodziłem popatrzeć. W bardzo wygodnym punkcie mieszkanie otrzymałem i dlatego ceniłem je nadzwyczajnie. Otóż wstępuję ja do zegarmistrza i pytam, czy nie ma czasem zegarka na sprzedaż.
– Jaki chcecie? – spytał on mnie.
– Najlepszy jaki może być. Wiele by taki kosztował?
– Mam ja – powiada – doskonały zegarek słynnej firmy „Omega”. Ale cena duża. Nie wiem, czy kupicie.
– Ile?
– 120 rubli.
– Pokaż.
Rzeczywiście zegarek piękny, ale czy dobry czort go wie. Może chce oszukać pachołek imperialistyczny. Wtedy ja mu powiadam dorzecznie:
– Twoja „Omega” bardzo mi podejrzaną wydaje się. Ot, żebyś miał „Kirowski” zegarek, to bym chętnie kupił. To nasza sowiecka firma i oszustwa żadnego nie może być.
A on zaraz szufladkę u stolika otworzył i „Kirowski” zegarek wyjął. U naszego dowódcy pułku widziałem taki. Wszyscy oficerowie zegarka mu zazdrościli. A on go otrzymał od rządu, jako „praktyczną nagrodę” za wyróżniającą się służbę.
– Sprzedajesz? – pytam.
– Naturalnie. Z tego żyję.
– Wiele kosztuje?
– 30 rubli.
– A czy dobry?
– Zupełnie dobry. Gwarancję na rok ode mnie otrzymasz.
– Ale czemu taka różnica: burżujska „Omega” 120 rubli, a nasz sowiecki zegarek 30 rubli.
– Taka już – powiedział on – i różnica. Trudno mi wam to wytłumaczyć.
Pomyślałem ja sobie: co tu robić? Różnica w cenie wielka. Ale „Kirowski’ zegarek jest kieszonkowy. Na rękę, żeby ludzie widzieli, podziwiali i zazdrościli, nie włożysz. A w kieszeni nosić też niezbyt wygodnie. Duży drań i ciężki. No i na łańcuszku musiałbym go uwiązać, aby któryś z kolegów nie skradł. Pomyślałem ja sobie: „Ech, było nie było, kupię
„Omegę”. U nas w Związku pewnie 50 razy tyle otrzymam, jeśli zechcę sprzedać. No i kupiłem. Włożyłem go na rękę i poszedłem na spacer. Rękaw wysoko w górę podciągnąłem, żeby ludzie widzieli, iż jestem przy zegarku. Przyjemne takie samopoczucie. Chcę wiedzieć, która godzina, tylko rękę w górę podniosę, spojrzę i już wiem. Tak samo zapyta ktoś o godzinę, to mu zaraz odpowiem: „Proszę bardzo, trzecia dziesięć. Dokładny czas. Możecie być pewni, bo zegarek mój najlepszej światowej firmy. <Omega> się nazywa”. Tak, przyjemnie bardzo. A wszystko to zawdzięczam ja naszej radzieckiej władzy i WIELKIEMU Stalinowi.
Kupiłem ja jeszcze kilogram kiełbasy i szoruję do domu. Myślę sobie: trzeba do dozorcy wstąpić. Niewyraźny on jakiś. Te jego buty z cholewami najwięcej podejrzane są.
Jednakowoż proletariacki obowiązek spełnia teraz. A buty może on i w uczciwy sposób zdobył. Mógł, na przykład, gdzieś jakiegoś kapitalistę przycisnąć, gardło mu poderżnąć i buty z nóg ściągnąć. Więc idę ja do sutereny i pukam.
– Proszę – posłyszałem.
Wchodzę ja. Cała rodzima za stołem siedzi i obiad żrą. Smażone mięso pachnie.
– Dzień dobry! – powiadam. – Przepraszam, że przeszkadzam.
– Nie... Proszę siadać – powiadają.
Usiadłem ja i patrzę. Słodko dranie żyją! Wszyscy czysto ubrani, dobrze obuci, mięso żrą, herbatę z cukrem piją i to ich ma–as–ło na stole zauważyłem. A robotnicy i chłopi pewnie z głodu zdychają! Ale nie mówię im tego, tylko powiadam:
– Zegarek ja dzisiaj kupiłem. Najlepszej światowej firmy. „Omega” się nazywa.
Rękę pokazuję. Dozorca okulary włożył i popatrzył.
– Tak – powiedział. – Istotnie „Omega”. Ja też miałem kiedyś „Omegę” na rękę. Ale niewygodnie mnie było przy robocie. To węgiel z piwnicy noszę, to drzewo rąbię. Można łatwo uszkodzić. To ja sobie kieszonkową „Cymę” kupiłem, a „Omegę” starszemu synowi oddałem. Do szkoły chodził. Też musiał czas wiedzieć... Wiele zapłaciliście?
– 120 rubli.
– Cena odpowiednia. A zegarek niczego sobie, dobry.
Posiedziałem ja u nich trochę i poszedłem. Nie wypada mnie bolszewikowi z burżujami zadawać się. Cała rodzina przy zegarkach. A jeszcze jeden, duży, na ścianie wisi. A drugi, okrągły z dzwonkami, w kącie na stoliku stoi. Dozorca!...
[ Dodano: 22-06-2009, 11:32 ]
Cytat:
9 października,1939 roku. Vilnius.
Wstaję ja dziś rano i pierwsza rzecz na zegarek patrzę. A on drugą pokazuje. Co za czort?
– myślę. Posłuchałem ja: nie chodzi. Potrząsnąłem go, też nic – nie funkcjonuje. Ot i orżnął mnie burżujski zegarmistrz! Trzeba było „Kirowski” kupić. Bardzo ja zdenerwowałam się i nawet na kiełbasę apetyt straciłem. Tylko ubrałem się jak najprędzej, pistolet załadowałem i od razu do zegarmistrza walę. Przychodzę i, nie witając się, z miejsca mu powiadam:
– Cóż to za kpiny? Za taką hecę ja mam prawo tobie zaraz w łeb palnąć! Gwarancję dawałeś mi na rok, a zegarek na drugi dzień zepsuł się.
– Może uderzyliście go, albo spadł?
– Jestem oficer i kulturalny obywatel Związku Radzieckiego. Wiem, że zegarka na ziemię nie rzuca się. Tylko ty mnie zepsuty zegarek sprzedałeś. Ale to ci łatwo nie ujdzie!
– Proszę mi pokazać zegarek – powiedział zegarmistrz.
Dałem ja mu „Omegę”. On szkiełko w oko wsadził, zegarek otworzył i patrzy. Potem uśmiechnął się jadowicie i zegarek zamknął. Później główkę przy zegarku palcami uchwycił i zaczął ją kręcić. Potem posłuchał i podaje mi „Omegę”.
– Zegarek – powiada – jest w porządku, tylko trzeba raz dziennie go nakręcać, bo mechanizm jest poruszany sprężyną.
Ale ja to już i sam zmiarkowałem. Lecz żeby drań się nie cieszył, że niby taki mądry jest, to ja jemu powiedziałem:
U nas w Związku Radzieckim, lepsze zegarki nakręca się elektrycznością.
I z zachowaniem mojej komsomolskiej godności dumnie wyszedłem. Nawet nie pożegnałem się. Niech nosa do góry nie zadziera!
Dzisiaj list od Duniaszki otrzymałem. Zdziwiłem się ja bardzo; jeszcze trzech tygodni nie minęło jak ja list do niej napisałem, a już odpowiedź mam! Dobrze pracuje nasza radziecka poczta. Możemy być wzorem dla całego świata. I koperta nie uszkodzona. Widocznie cenzura listem moim nawet nie zainteresowała się... Ale potem okazało się, że list ten przez okazję otrzymałem. Kolejarz znajomy do Vilniusa jechał, więc Duniaszka mu list dała. A on wprost tu przyniósł. Szkoda, że nie zastał mnie w domu. Ale może to i lepiej. Zawsze bezpieczniej z obcym człowiekiem nie gadać. Bardzo mi list Duni spodobał się, więc przepisuje go dosłownie:
„Kochany mój Miszeczka!
Bardzo jesteśmy z ciebie dumni, że tak dzielnie spełniasz swój bolszewicki obowiązek i gromisz bandy polskich, faszystowskich generałów. Niech nie znęcają się, bandyci, nad roboczym kłasem i nie mordują proletariatu. Ja bym do ciebie, mój bohaterze kochany, na skrzydłach jak jaskółka poleciała i im by te pańskie, tłuste brzuchy widłami do gnoju pruła.
Tylko pewnie tobie, biedaku mój ,tam głodno? Wiem dobrze z książek i gazet, że w Polsce zawsze był wielki głód, taki, że ludzie koński nawóz, korę z drzew i ziemię jedli. Tylko kapitaliści tam obżerali się do woli chlebem i słoniną. Poza tym widziałam ja na dworcu eszelon towarowych wagonów, a na każdym wagonie był plakat duży: „CHLEB DLA
GŁODUJACEJ POLSKI”. Posłałabym ci, mój maleńki, sucharów, ale od dwóch miesięcy sama chleba nie jadłam. Ale mogę ci posłać suszonych jagód. Dużo w tym roku ich było. Poza tym mogę dodać trochę kartofli. Ty napisz otwarcie. Jeśli trzeba, to ja zaraz ci wyślę.
A tak w ogóle u nas wszystko w porządku, tylko aresztowali i wysłali do łagru sąsiada naszego, Wasyla Morgałowa, za to, że szerzył angielską, imperialistyczną propagandę.
Powiedział, podlec, po pijanemu, że niedługo Związek Radziecki będzie żyć w przyjaźni z Niemcami i że będzie z nimi wojna. Chociaż to nasz daleki krewny, ale wcale go nie żałujemy. Niech takich głupich rzeczy nie gada.
Posyłam ci ukłony od całej rodziny.
Kochająca ciebie na wieki, unia”.
Szkoda mi trochę Morgałowa, bo, wiadomo, cała jego rodzina będzie za tę zbrodnię odpowiadać też. I co mu się stało? Chyba gazet nie czyta, albo radia nie słucha. Przecież codziennie piszą i mówią, że towarzysz Stalin i kanclerz Hitler to są dwaj najwięksi przyjaciele, Anglia zaś jest jaskinią eksploatatorów i podżegaczy wojennych. Niech tylko
Hitler uporządkuje Polskę, to zabierze się do tej przeklętej faszystowskiej Anglii, a towarzysz Stalin, naturalnie, dopomoże mu. Jakaż może być wojna między Związkiem Radzieckim a bratnim narodem niemieckim?! To nawet pomyśleć nie da się, a on, dureń, gada takie głupstwa. Gdyby po trzeźwemu to mi powiedział, to bym sam go w mordę zajechał!... Wiem, że agentem angielskim to on chyba i nie jest, ale po pijanemu nie umie trzymać języka za
zębami. Nauczą go w łagrze rozumu! Tak mu i trzeba!
15 października, 1939 roku. Vilnius.
Wczoraj zauważyłem ja w mieście i nasze sowieckie sklepy. A jakże, od razu dwa otworzyli. Niech burżuje nie myślą, że tylko u nich handel kwitnie! Wstąpiłem do jednego z nich. Pięknie tam, portrety Stalina, Lenina i różne takie proletariackie hasła wiszą. Nasze sowieckie panienki targują. Książki sprzedają. To znaczy: kulturę szerzą. Porozmawiałem ja z nimi przyjemnie. Jedna mi się nawet spodobała, więc spytałem jej, czy mogłaby do mnie na noc przyjść przespać się. Ale powiedziała, że bardzo żałuje, ale wszystkie najbliższe noce ma zajęte. Szkoda. Ale trudno, kobiet naszych mało, chłopaków zaś dużo, więc nie nadążają...
Kupiłem ja broszurę: WIELKI WÓDZ WIELKIEGO NARODU NIEMIECKIEGO i poszedłem. W drugim sklepie zauważyłem ja, we wszystkich oknach, duże portrety towarzysza Stalina. Pięknie bardzo to wygląda. Wstąpiłem ja do środka i o cenę zapytałem.
– Bez ram – powiadają – trzy ruble. Z ramami, pod szkłem, 25 rubli.
Myślę ja sobie: „Trzeba kupić. Może czasem ktoś do mnie wstąpi, to od razu zobaczy, że kulturalny człowiek mieszka”. Spytałem ja też o portret Hitlera. Warto by ich kochanych towarzyszy, razem powiesić. Bo przecież wielcy są przyjaciele i wodzowie socjalistycznych narodów. Ale powiedziano mi, że jeszcze nie nadesłali. Kazali dowiadywać się.
Poszedłem ja do domu. Portret Stalina niosę tak, żeby każdy widział. Niech burżuazja dygocze przed obliczem naszego WIELKIEGO wodza. Przychodzę ja do domu i tak sobie myślę: „Gdzie by GO, kochanego OJCA powiesić?” Widzę w kącie, w najlepszym, można powiedzieć, miejscu jakaś madama wisi. A jakże, w złotej sukience i w koronie na głowie.
Ehe, myślę ja sobie, toż to ich burżujski święty obraz. Dopiero teraz domyśliłem się. Wołam ja Marię Aleksandrownę i z oburzeniem wielkim pokazuję na obraz:
– Proszę mi to natychmiast stąd zabrać! Jestem kulturalnym człowiekiem i nie chcę czegoś podobnego w pokoju trzymać! Lampka niech zostanie, bo jest w czerwonym, proletariackim kolorze. Ale waszej propagandy faszystowskiej i zabobonów mnie nie trzeba!
Zabrała ona swój obraz i wyniosła, a ja zaraz na jego miejscu naszego kochanego WODZA i NAUCZYCIELA powiesiłem. Wieczorem zapaliłem ja przed portretem lampkę. Pięknie wyszło. Czerwone światło pełza po portrecie naszego czerwonego wodza proletariatu, a ja sobie siedzę w miękkim fotelu i czytam biografię Hitlera. Bardzo ucieszyłem się, gdy dowiedziałem się, że on był kiedyś malarzem pokojowym. To znaczy też proletariackiego pochodzenia jest – jak i nasz kochany towarzysz Stalin. A dalej dowiedziałem się, że i on także u siebie w Germanii socjalizm wprowadził... Tak, życie jest piękne! Jak ten, kochany malarz Hitler i nasz OJCIEC Stalin razem wymalują świat na czerwono, toż to będzie cudnie!
W październiku, 1939 roku. Vilnius.
Dziś chłopaki namówili mnie pójść do fotografa. Znaleźli tu takiego, co dobrze mówi po rosyjsku i wyśmienicie fotografuje w sposób bohaterski. A przecież warto mieć pamiątkę z bojowych dni. I Duniaszce tak samo posłać można. Niech zobaczy jak wygląda waleczny oficer sowiecki. No i bratu poślę też, żeby wiedział, iż wielką obecnie figurą jestem.
No i poszliśmy. Kapitan Jegorow prowadzi. Każdy z nas na całą ulicę wspaniale perfumami pachnie. Wszyscy przechodnie oglądają się i podziwiają nas. Ja sam, dzisiaj rano, wylałem na głowę sobie ćwierć flaszki najlepszych na świecie perfum sowieckiej produkcji.
„Stalinowski Oddech” nazywają się i pachną najmniej na pięć metrów. Słyszę ja, lejtnant Dubin krzyczy:
– Chłopaki, patrzcie! Przecież im odpoczywać wolno!
Stanęliśmy i patrzymy. Artel robotników ulicę reperuje. Wylewali ją asfaltem. Widać od razu, że proletariusze. Jedni w kombinezonach, inni w bluzach. A istotnie pracują powoli.
Jeden siedzi na taczce. Inny pali. Trzeci papierosa kręci. A niektórzy pracują sobie powoli. I rzeczywiście nikt ich nie popędza, ani batem lub kijem nie bije, jak to nam wiadomo, zwyczajnie się dzieje we wszystkich państwach kapitalistycznych. Przecież wiemy dokładnie, jak burżuje katują swych robotników, aby większe normy pracy z nich wydobyć.
Rzeczywiście zagadka była wielka. Ale zaraz kapitan Jegorow nam tę sprawę dokładnie wytłumaczył:
– To, rozumiecie, są już wolni robotnicy. Władza sowiecka ich wyzwoliła i pozwala na razie pracować powoli, żeby nabrali sił do przyszłej stachanowskiej pracy na korzyść Związku Radzieckiego.
Zrozumieliśmy tę sprawę i poszli dalej. Zawsze mądry człowiek potrafi wszystko mądrze wytłumaczyć.
Otóż przychodzimy do fotografa. Było nas pięciu. Fotograf pokazał nam różne zdjęcia, żeby wybraliśmy sobie pozy. Potem lejtnant Dubin pierwszy usiadł w fotelu. Daliśmy jemu wszystkie nasze medale. Razem było ich dwanaście. No i zegarki, dla uwidocznienia ich na zdjęciu, pożyczyli. Okazało się, że już wszyscy zegarki posiadamy, zawdzięczając władzy radzieckiej. A kapitan Jegorow nawet dwa sobie zdobył.
Pięknie!
Za dwa dni zdjęcia ja zabrałem. Trudno było uwierzyć własnym oczom. Medali pełną pierś. Z lewej kieszeni gimnaściorki łańcuszek od zegarka widać wyraźnie. Z kieszonki u spodni tak samo dewizka wisi zachwycająco. A na rękach po dwa zegarki... Kazałem ja fotografowi jeszcze tuzin tych portretów mi wykonać. Ważna będzie to pamiątka i dokument historyczny wielkiej wagi.
A przed tym miałem ja cholerny kłopot z tamtą przeklętą, burżuazyjną wanną. Pomyślałem sobie tak: „Przed pójściem do fotografa trzeba wykąpać się, aby lepiej wyjść na zdjęciu, bo z braku czasu i chęci ja ze dwa miesiące w łaźni nie byłem”. Akurat nauczycielka, Maria Aleksandrowna, powiedziała mi rano, że jest gorąca woda, więc może chcę skorzystać ze sposobności. Coś ona za często mi tę kąpiel przypomina! Prawie każdego tygodnia. A może zauważyła, że trochę „żywego srebra” mam? Ale rzecz wiadoma, woszebijek nie ma, więc i wesz musi być. Chociaż, prawdę powiedziawszy, na to i woszebijki nie pomagają. Ona, wesz, również swój rozum i spryt ma. Wie jak się chronić. Ale to jest drobiazg mało znaczący.
No, przychodzę ja do tej ich wanny. Rozebrałem się i kocioł pomacałem, gorący jak czort!
Więc kran otwieram. A stamtąd jak lunie wrzątek! Ani mi w głowie w coś takiego leźć. Skóry by na mnie nie zostało. Zakręciłem ja kran. Wrzątek do cholery spuściłem z wanny. Potem drugi kran zauważyłem. Otwieram go, a stamtąd zupełnie zimna woda wali. Też, człowieku, nie wleziesz, bo choroby dostaniesz. Zakręciłem ja kran, do wanny naplułem, włosy zimną wodą namoczyłem, żeby wiedziały zarazy, że kąpałem się. A tamta żmija burżujska, Maria
Aleksandrowna, jak przez ich pokój na korytarz przechodziłem, zapytała:
– Przyjemna kąpiel była?
– Bardzo – powiedziałem. – Żebym dużo wolnego czasu miał, to nawet co miesiąc korzystałbym. My w Związku Radzieckim też higienę uwielbiamy nadzwyczajnie.
A swoją drogą ciekawe, jak te babcie taką gorącą wodą wytrzymują, bo chyba w zimnej nie kąpią się? Przypuszczam, że od dzieciństwa są przyzwyczajone we wrzątku pluskać się!
Też przyjemność!
Wróciłem do pokoju zły jak czort i myślę sobie tak: trzeba list do Duniaszki napisać, żeby naprawdę cebuli i kartofli mnie nie wysyłała. Śmiechu by ze mnie chłopaki narobili. Więc zaraz taki list do niej wysłałem:
[ Dodano: 22-06-2009, 11:32 ]
Cytat:
Październik, 1939 roku. Vilnius.
„Miła Duniaszko!
List twój bardzo prędko otrzymałem i za ukłony całej twej rodzinie jestem wdzięczny. Co się tyczy posyłki dla mnie, to bardzo ci dziękuję, ale proszę żadnej mi żywności nie wysyłać, bo mam tu wszystko czego tylko zapragnę. Właśnie nadeszły tamte eszelony, co ty jeden z nich na stacji widziałaś z plakatami: CHLEB DLA GŁODUJĄCEJ POLSKI. Więc mam teraz i chleb i do chleba. Wdzięczny jestem bezgranicznie władzy radzieckiej i naszemu kochanemu wodzowi, towarzyszowi Stalinowi, za troskę o nas, bohaterów niezwyciężonej Armii Czerwonej. Burżuazja tu aż zębami zgrzyta ze złości, widząc jak zajadamy się różnymi kiełbasami i inna słoniną.
Posyłam ci moją fotografię, żebyś wiedziała jak teraz wygląda waleczny bohater i obrońca Związku Radzieckiego, dzień i noc nieustannie stojący na straży naszej świętej Rosji i całego proletariatu. Zegarki te, co widzisz u mnie na rękach, są prawdziwe, i dewizki, które wiszą z kieszonek, też są przy zegarkach. Tak, że można powiedzieć, fason trzymam należycie.
Co się tyczy Morgałowa, to za to, że mówił iż będzie wojna z Niemcami, należało się nie tylko go – faszystowskiego psa – do łagru wysłać, lecz i skórę z niego – imperialistycznego pachołka – zedrzeć. Ja niedawno czytałem książkę o wielkim niemieckim wodzu i najlepszym przyjacielu naszego kochanego OJCA Stalina, Adolfie Hitlerze. On jest też proletariuszem i buduje socjalistyczną ojczyznę dla swojego narodu tak samo i taką samą, jak i nasz WIELKI Stalin. I nigdy nie może być wojny między dwoma bratnimi narodami.
To jest jasne dla każdego normalnego człowieka. A słuchy o wojnie puszczają polscy panowie i agenci imperialistów angielskich. Ale z nimi wszystkimi wkrótce my, razem z towarzyszem TOWARZYSZA Stalina, Adolfem Hitlerem, rozprawimy się.
Posyłam niskie ukłony dla całej twej rodziny i dla ciebie, Duniaszko.
Ja dumnie stoję pod wysoko wzniosłym sztandarem Lenina – STALINA i bohatersko wytrzymuję wściekły opór krwawych pachołków burżuazyjnych.
Twój do grobowej deski,
Miszka Zubow”
Tak, list mi ten do Duniaszki udał się niczego sobie. Widać z niego i twardość bolszewicką, i uczciwą postawę socjalistyczną, i wierność niezłomną dla partii komunistycznej oraz jej przewodnika i nauczyciela, WIELKIEGO towarzysza Stalina. Więc mogę wysłać go spokojnie.
Październik, 1939 roku. Vilnius.
Piszę te słowa z wielką radością, socjalistyczną dumą, poczuciem dobrze spełnionego obowiązku bolszewickiego. Jestem dumny ze swej spostrzegawczości, przytomności umysłu i odwagi. A wszystkie te przymioty zawdzięczam naszej wielkiej rosyjskiej kulturze, która mnie – tak, jak to się śpiewa w „Internacjonale” – z niczego zrobiła wszystkim i (naturalnie – a nawet przede wszystkim) naszemu WIELKIEMU, genialnemu WODZOWI Stalinowi.
Często myślę sobie tak: „Ile stuleci ludzkość musiała czekać, aby przyszedł na świat ON, jej ZBAWICIEL, TOWARZYSZ Stalin! I aż strach pomyśleć, co by się stało ze światem, gdyby JEGO nie było!”
Otóż: stałem się ja bohaterem całego wileńskiego garnizonu. Nawet nie znający mnie oficerowie z innych pułków przychodzą, aby chociaż tylko na mnie spojrzeć. A major Pietuchow gdzie tylko mnie spotka, to zaraz ściska rękę i krzyczy:
– Dziękuję, towarzyszu, za uratowanie mnie życia! Jeśliby nie ty, to nasza święta ojczyzna straciłaby jeszcze jednego swego obrońcę!
Ale muszę opowiedzieć to wszystko kolejno. Dowódca pułku wydelegował majora Pituchowa i mnie do Starej Wilejki. Musieliśmy obejrzeć tam kwatery dla naszego pułku, który, prawdopodobnie, wkrótce przeprowadzi się tam. Na dworcu, jako oficerowie, zajęliśmy miejsca w miękkim wagonie. W tymże przedziale jakiś brzuchaty kapitalista z żoną
i córką. Córeczka nawet niczego sobie, taka różowa i biała jak lalka. Pończochy u niej na nogach leżą jak przyklejone. Cholera wie jak te burżujki to robią, bo podwiązek przy kolanach nie zauważyłem, chociaż usilnie, w miarę możliwości, zaglądałem. Sukieneczka ef – ef! Wszystko prześwieca. No i włosy falami uczesane. Po prostu aktorka. A może i była aktorka... Bardzo ja nią zainteresowałem się. A i major Pietuchow, chociaż to stary już chrzan, na nią wciąż zerka i co dwie minuty z kieszeni zegarek wyjmuje... niby popatrzeć, która godzina. Kokietuje ją. Więc ja też rękaw do góry podciągnąłem, żeby „Omegę” uwidocznić należycie. I zauważyłem, że panienka na mnie częściej spogląda jak na majora.
Więc ja do niej uśmiechać się i pomrugiwać zacząłem, oraz kolanem trącać bardzo znacząco.
Ale major Pietuchow widocznie to dostrzegł, bo nagle powiedział do mnie służbowym głosem:
– Towarzyszu lejtnancie, proszę przejść do innego przedziału. Wiecie dobrze, że młodszym oficerom nie wolno spoufalać się ze starszymi!
– Słucham! – powiedziałem i wyszedłem do przedziału po drugiej stronie korytarza.
A tam jakaś starucha z dwojgiem dzieci jechała i silnie podejrzany typ, męskiego rodzaju, w wysokich butach na nogach. Sami rozumiecie, kto może posiadać buty z cholewami z prawdziwej skóry! Znamy się na tym dobrze!...Ale nic. Jadę ja sobie i do tamtego przedziału, gdzie byłem poprzednio, zerkam. Widzę major Pietuchow na moje miejsce – naprzeciw tamtej burżujeczki – przesiadł się i na całego czaruje! To na zegarek popatrzy, to wspaniałą niklową papierośnicę z kieszeni wyjmuje i papierosa zapala... No, nic, może i ja kiedyś do majora dochrapię się. Wówczas też potrafię odpowiednio nosa zadzierać!
Troczę mi smutno było jechać samemu, ale jakoś czas leciał. W pewnym momencie zauważyłem, że major Pietuchow proponuje papierosa tamtej burżujce i coś do niej gada. Ale ona popatrzyła na niego i nic nie mówiąc w inny kąt przedziału przesiadła. Ja bym za takie coś z miejsca w mordę bił! Powinna być dumna, że oficer Armii Czerwonej raczył na nią uwagę zwrócić!... W tym momencie dostrzegłem ja, że jej ojciec – tłusty kapitalista – wstał i zdjął z siatki teczkę. Postawił ją na kolanach i zaczął klapę odpinać. A potem... widzę ja:
hiena wyjmuje z teczki pocisk i ku majorowi zerka. Zapalnik u pocisku błysnął, a burżuj go w tył na siedzenie postawił i klapę u teczki zapina. Mnie z początku zimno zrobiło się, a potem gorąco. Odpiąłem ja futerał i pistolet do połowy wyciągnąłem. Czekam, co będzie dalej? A burżuj po stronach rozejrzał się i ręką w tył pocisk sięga. Postawił go miedzy kolana i zapalnikiem manipuluje. Zrozumiałem ja, że nie ma ani chwili czasu do stracenia, bo nie tylko major Pietuchow może zginąć, lecz – jeśli pocisk silny – i ja nie ocaleję. Więc drzwi z mego przedziału szarpnąłem, na korytarz wyskoczyłem i burżujowi dwie kule między oczy wlepiłem. Ani zipnął. Zaczął na bok osuwać się. A ja pocisk ostrożnie chwyciłem i do majora krzyczę:
– Widzicie, towarzyszu, ten burżujski pies chciał was zgładzić ze świta! Cale szczęście, że ja to zauważyłem i w porę mu przeszkodziłem!
Major Pietuchow zbladł i też za pistolet chwycił się. Kazaliśmy burżujkom w kącie przedziału usiąść. Jedna z nich zaraz zemdlała. A ja z mojego przedziału tamtego, podłego, faszystę przychwyciłem i razem ich ulokowałem. Na pewno wspólnikiem ich był.
Na stacji w Mołodecznie zostałem ja w wagonie aresztowanych pilnować, a major Pietuchow przyprowadził milicjonerów z posterunku kolejowego. Zabrano aresztowanych i trupa burżuja. Pocisk zaś ja sam osobiście i własnoręcznie na posterunek odniosłem – jako dowód rzeczowy. Spisano krótki protokół dla NKWD i pojechaliśmy dalej.
Za trzy dni wróciliśmy do Vilniusa. Major Pietuchow opowiedział wszystkim obszernie jak zrobiono na niego zamach i jak ja jemu życie uratowałem. Wszyscy mówią, że powinienem za to pochwałę i odznaczenie otrzymać, a może nawet i awans jednocześnie.
W taki to sposób uratowałem ja życie mego przełożonego i zniszczyłem jeszcze jedną faszystowską gadzinę. Tak, przyjemnie być pożytecznym członkiem naszej wielkiej, socjalistycznej Rosji.
Październik, 1939 roku. Vilnius.
Otrzymałem wezwanie do NKWD. Bardzo się tym ucieszyłem. Zrozumiałem od razu, że dotyczy to mojego bohaterskiego zachowania się w pociągu. Teraz byłem całkowicie pewien, że nagroda mnie nie minie.
Nazajutrz udałem się do NKWD. Wpisałem się do książki, zostawiłem w wartowni pistolet i skierowałem się na pierwsze piętro. Tam zapukałem do pokoju numer 99.
Przyjął mnie major, zastępca naczelnika NKWD.
– Aha, to ty właśnie jesteś lejtnant Zubow!
– Tak jest. Jestem młodszy lejtnant Michaił Zubow.
– Tamta historia w pociągu do Mołodeczna to była twoja robota?
Dumnie wypiąłem pierś, lecz skromnie powiedziałem:
– Zrobiłem tylko to, co mi mój komunistyczny obowiązek nakazywał!
W tej chwili do drzwi zapukano. Major krzyknął:
– Wejść!
Do gabinetu wszedł jakiś dziwacznie ubrany burżuj. Cały czarny, jakby w faszystowskim uniformie. A u dołu spodni nie było widać, tylko niby w spódnicy. „Co to za magik?” – myślę ja sobie.
A major pyta go:
– W jakiej sprawie?
Czarny pokazał mu wezwanie. Okazało się, że jest to katolicki ksiądz. Pierwszy raz w życiu takie coś zobaczyłem. Dużo słyszałem i czytałem o tych krwiopijcach kapitalistycznych, i tak samo w teatrach komsomolskich widziałem na scenach jak znęcają się nad proletariatem. Ale osobiście, dzięki Stalinowi, nigdy nie zetknąłem się.
Major kazał mi stanąć przy ścianie.
– Zaczekaj tam! Z tobą będzie specjalna rozmowa. Ja wpierw tego obywatela załatwię.
Potem zwrócił się do Czarnego:
– Więc ty ksiądz?
– Tak.
– A czym ty trudnisz się?
– Służę Bogu.
– Bogu służysz?...Hm, dziwna robota!... No, a z czego ty utrzymujesz się? Gdzie pracujesz?
– Zajęcie mam w kościele, a utrzymuję się z tego, co mi parafianie dają.
– Ta-ak... – rzekł major – interesujące zajęcie... A powiedz ty mnie, ksiądz, czy nie wstyd tobie, dorosłemu i zdrowemu człowiekowi, żyć z oszustw i eksploatowania ludzkiej głupoty?
Ksiądz długo milczał, a potem powiedział:
– U nas religia jest prywatną sprawą obywateli. Nikt nikogo do niej nie zmusza. Do kościoła, albo do księdza idą ci, którzy chcą. Ja żyję z tego, co mi dobrowolnie dają parafianie, którym służę jako ksiądz. Oni też utrzymują kościół.
–Mądrala! – Powiedział major i zaczął przeglądać papiery w teczce, która leżała na stole.
Zrozumiałem, że jest to sprawa Czarnego. Mają go już na haku.
Potem major znów zwrócił się do księdza:
– U ciebie naczelnik jest?
– Mój naczelnik to pan Bóg.
– Twój pan Bóg mnie nie interesuje. Nawet jego adresu nie mam, żeby mu wezwanie posłać, aby przyszedł tu na badanie. Ja ciebie pytam o to, kto tobie wydaje rozkazy i kto tobą kieruje?
– Ja podlegam Konsystorzowi, a parafia podlega księdzu dziekanowi.
– A on czym się zajmuje?
– Również Bogu służy...
– A żyje, również jak i ty, z tego co parafianie dadzą – powiedział major i zrobił do mnie „oko”.
Ja wyprężyłem się i ze zrozumieniem roześmiałem się. Niezbyt głośno, ani też cicho.
Akurat tak, jak w tym wypadku należało się.
– Tak – powiedział Czarny.
– Więc powiedz ty temu swojemu dziekanowi, czy jak on tam nazywa się, żeby w piątek tu u mnie zameldował się. Niech przyjdzie dokładnie o godzinie jedenastej rano, bo ja czekać nie lubię, a żartów robić z siebie nikomu nie pozwalam!
Czarny chciał wyjść, lecz major powiedział:
– Czekaj! Dam dla niego wezwanie, bo jakże tu wejdzie?
Major skreślił kilka słów na blankiecie i dał go Czarnemu.
– Masz i wynoś się. Teraz nie jesteś mi potrzebny. Może innym razem trochę więcej pogadamy.
Major znów łypnął do mnie „oko”. A ja znów w śmiech.
Czarny wyszedł, a major zadzwonił do wartowni:
– Zraz tam polski ksiądz przyjdzie. Oddać dokumenty i wypuścić.
Potem major do mnie zwrócił się:
– Tamta historia w pociągu tobie udała się!
– Zawsze i wszędzie staram się jak mogę i czujność komunistyczną wykazuję.
– Ale ty, w tym wypadku trochę przestarałeś się! Ot co.
– Dlaczego?
– Zaraz ja ci to dokładnie wytłumaczę.
Major podszedł do mnie i tak trzasnął w mordę z lewa, że ja aż głową o ścianę walnąłem.
Poprawił z prawa jeszcze mocniej i poszedł w kąt pokoju do szafy.
Ja trochę oprzytomniałem. Palcem z nosa krew wycieram i myślę sobie tak: „O co mu poszło? Bije w sposób służbowy, więc powód jest dostateczny. Ale jaki? Może ktoś czegoś na mnie nagadał? Ale kto? A najgorsze jest to, że nawet nie wiem, do czego się przyznać? Do jakiego przewinienia albo niedociągnięcia?”
Tymczasem major wyjął z szafy pocisk, który ja burżujowi w pociągu odebrałem i postawił go na stole.
– Poznajesz to? – spytał mnie.
– Poznaję, towarzyszu majorze.
– Więc chodź tu i przyjrzyj się lepiej.
Zbliżyłem się ja do stołu. Major zaczął w pocisku zapalnik odkręcać. Potem zdjął go.
Patrzę: duży korek widać. Wyjął major korek z pocisku i mówi:
– Patrz do środka!... Co tam jest?
– Nic.
– Otóż to właśnie, nic... A ty durniu za to człowieka zabiłeś!... Mnie tu nie chodzi o człowieka, bo to nie ruski nawet. Ale chodzi o to, że ty, idioto, nas ośmieszasz. Przez was takich durniów jak ty, wszyscy z nas kpią. Czy ty rozumiesz, że to jest termos?
– Rozumiem... termos...
– Otóż to... W takim termosie można długo gorącą wodę albo herbatę trzymać.
– Rozumiem, towarzyszu majorze. Zrobiłem niedociągnięcie i bardzo przepraszam.
Chciałem bronić mego dowódcy od zamachu plugawego kapitalisty.
– Jaki on tam kapitalista był! Zwykły stolarz ze Starej Wilejki, z żoną i córką wracali z pogrzebu syna jego. A tymczasem ty z niego nieboszczyka zrobiłeś. A żona jego ze strachu zwariowała.
– Omyliłem się, towarzyszu majorze. Bardzo przepraszam. I skąd ja mogłem wiedzieć, że taki termos istnieje?... Akurat: pocisk.
Major odniósł termos do szafy, potem usiadł przy biurku. Był widocznie, w dobrym humorze, bo więcej w mordę ani razu nie dostałem. Powiedział w końcu tak:
– Sprawy z tego nie będziesz miał. O termosie tym nikomu nie gadaj. Był pocisk i już. A następny raz lepiej uważaj i nie rób z siebie takiego durnia. A teraz wynoś się stąd bydlaku!
– Dziękuję bardzo, towarzyszu majorze. Poproszę o przepustkę z gmachu.
– Zadzwonię do wartowni: wypuszczą.
Wyszedłem ja z gabinetu majora na korytarz. W głowie mi trochę kołowało... Ciężką rękę ma major! Zdawało się, że tak leciutko w mordę bije, a czuję z lewa – jak językiem dotknę boczne zęby się ruszają. Tak, wprawę ma i robotę dobrze prowadzi. Od razu widać wyższą specjalizację!... A jak on tamtego Czarnego obrabiał!... Bardzo przyjemnie było posłuchać.
Takim to sposobem, przez tych przeklętych polskich burżujów, ja zamiast orderu i awansów dostałem dwa razy w mordę. I szczęście mam, że chociaż na tym tylko się skończyło. A zawdzięczać to mogę jedynie brakowi, w tej przeklętej Polsce, najprymitywniejszej kultury!... Toż śmiechu warte! Termosy im potrzebne, żeby gorącą wodę wozić!... U nas w Związku Radzieckim, na każdej większej stacji, gdzieś z boczku kocioł stoi.
I często zdarza się, że i ciepła woda w nim bywa. To ja rozumiem: CYWILIZACJA! A tu nawet wodę trzeba ze sobą w drogę brać! Kul-tu-ra! Tylko napluć na to wszystko i nogą rozetrzeć!
[ Dodano: 22-06-2009, 12:13 ]
Więcej nie będzie, chyba, że ktoś posta postawi...
Pomógł: 52 razy Wiek: 32 Dołączył: 03 Maj 2005 Posty: 1395 Skąd: Warszawa
Wysłany: 22-06-2009, 13:20
Wiesz jaki zwykle jest problem z propagandą? To że jest równie tandetna kiedy służy "dobrej" jak i "złej" sprawie. Wstyd taką chujnię jak to rozpowszechniać.
Pomógł: 7 razy Wiek: 35 Dołączył: 04 Gru 2007 Posty: 845 Skąd: Polska
Wysłany: 22-06-2009, 13:23
Książka fajna,jak cała twórczość Piaseckiego zresztą.
Szkoda tylko, że umieszczają ją na swojej stronie totalnie odmóżdzone pojeby:
http://www.polonica.net/
razem z ,,dziełami" ,,profesora" Nowaka. Profanacja. Równie dobrze można położyć koło siebie Biblię i instrukcję budowy szamba.
Jestem w Lidzie. Mieliśmy jechać do Starej Wilejki, a tymczasem przyszedł rozkaz przenieść się do Lidy. Władza radziecka wie, co robi.
Miasto niczego sobie, czyste. Ale i tu pełno burżujów. I skąd ich tyle się bierze?!...
Wygląda na to, że cała Polska z samych burżujów się składa. Co spojrzę na którego, to każdy w butach, albo w trzewikach ze skóry. Każdy przy zegarku. I tak samo sklepów dużo i sprzedają wszystko każdemu bez żadnych ograniczeń.
Co prawda, to już nie jest Polska, ale Białoruś. Nasza Radziecka Białoruś. Właśnie niedawno odbyły się wybory i okazało się, że wszyscy, zgodnie i chętnie, głosowali za przyłączeniem do Związku Radzieckiego. Nikt nie był przeciwny temu. Bardzo to przyjemnie. Zrozumiała jednak burżuazja, że nasz wielki Związek Radziecki i jego OJCIEC
Stalin, potrafią zapewnić wszystkim wolność, pracę i dobrobyt.
Mieszkam ja u montera elektrowni kolejowej. Nazwisko jego: Lipa. Bardzo wartościowy człowiek – wódkę pije szklankami. Nie inaczej. Ja też nie od tego, umiem pociągnąć zdrowo, ale jemu nie dorównam. Myślałem z początku, że to kapitalista wielki, bo i ubrany elegancko, i zegarek ma, i w butach chodzi. Ale przekonałem się później, że rzeczywiście jest robotnikiem. Od razu, jak do niego wprowadziłem się, przyszedł do mnie wieczorem z wódką. Powiada:
– No, czerwony dowódco, trzeba opić twoje wprowadziny do nas. Ale może ty nie chcesz z robotnikiem pić?
– Czemu nie – powiedziałem. – Wódkę i z czortem pić można. Ale ty nie bardzo na robotnika wyglądasz.
– Czemu to tak? – spytał.
– Garniturek twój wełniany, zagranicznego fasonu, i trzewiki chromowe zdradzają twoje klasowe pochodzenie.
A on mi pięść pod nos sadzi.
– Popatrz, jakie mam ręce spracowane. Jak żelazo. Widzisz? To ty jesteś białorączka i robotnikiem pogardzasz. Pokaż no ręce!
Pokazałem mu dłonie. A on śmieje się.
– Rączki jak u panienki masz. Tylko do dłubania palcami w nosie. Widać, że nie sam dla siebie na chleb zarabiasz. Ale mnie wszystko jedno, jakie jest twoje pochodzenie klasowe.
Oficer przecież też człowiek, chociaż nieraz gorszy od świni bywa.
Nie bardzo mi się te jego wyrażansy podobały. Ale – myślę ja sobie – człowiek nie uświadomiony, to jak dzieciak, paple byle co. A sprzeciwiać się mu jakoś nie chciałem, bo rzeczywiście pięści miał jak młoty.
Zaczęliśmy wódkę pić. On po pół szklanki nalewa i trzaska raz za razem. Ja widzę:
kiepsko – nie poradzę mu. Więc przepuszczam kolejki. No, nic... tak sobie kulturalnie zabawiamy się i rozmawiamy to o tym, to o owym. W pewnej chwili pytam ja go: „Jak po białorusku wódka się nazywa?” A on na to odpowiada:
– Nie mam pojęcia.
– To jaki z ciebie Białorusin?
– Żaden ze mnie Białorusin, tylko Polak.
Pomyślałem ja: „Kłamać ty, widać, nie gorzej umiesz jak wódkę pić”. Potem mówię:
– Jeśli ty nie Białorusin, to dlaczego za przyłączeniem Białorusi do Związku głosowałeś?
A on powiada:
– Czy ty dureń jesteś, czy durnia grasz? Każdy głosował, żeby pieczątkę na dokumencie postawili. Bo inaczej: wróg ludu! A co to znaczy... sam wiesz. Takim sposobem nie tylko za Białorusinami, ale i za Zulusami głosować będziesz.
– Więc niby tu Białorusinów nie ma?
– Dlaczego: nie ma? Są, ale mało. Na wsi jest ich więcej. A tu prawie sami Polacy i Żydzi... Jeśli Ruskim Polska tak bardzo nie podobała się, to powinni byli urządzić głosowanie za przyłączeniem do Palestyny. To już byłoby sprawiedliwiej.
– A tobie Polska podobała się?
– Czemu nie? – powiedział. – Jak kto pracować umiał i chciał, to tu żyć można było.
Widzisz sam: czysto chodzę, wódkę piję i rodzinę utrzymuję należycie. Czego więcej jeszcze chcieć?
– A o swobodzie ty zapominasz?
– O jakiej swobodzie? – spytał.
– No, o swobodzie proletariackiej.
– Nie wiem, jaka tam u was w Rosji proletariacka swoboda. Ale u nas każdy żył jak chciał.
Jak były wybory, to mogłem głosować na jaką chciałem partię. A u was wystawili dwóch kandydatów. Obaj komuniści. O żadnym z nich nigdy nic nie słyszeliśmy. No i wybieraj, obywatelu, kto tobie się podoba, tyfus czy cholera?... To tak wychodzi, jakbym ja powiedział:
„Albo wy, kumie, idźcie do miasta, a ja zabawię się z waszą żoną. Albo: ja zabawię się z waszą żoną, a wy, kumie, idźcie do miasta”.
Wysłuchałem ja go uważnie i mówię:
– Szkoda mnie ciebie, że będąc robotnikiem tak dałeś się burżujom zbałamucić, że nic na tych sprawach nie znasz się. Ale jestem pewien, że i ty wkrótce zrozumiesz wszystko należycie.
A on mi na to odpowiedział:
– Należycie, to ja zrozumiałem wszystko, jak tylko wy tu przyszliście. I ty teraz wszystko rozumiesz należycie, ale po stachanowsku normy bujania wyrabiasz. Ale u was inaczej nie można.
Skończyliśmy wódkę i poszli spać. A nazajutrz rano przypomniałem ja sobie dokładnie naszą wczorajszą rozmowę i aż mi zimno zrobiło się ze strachu. Przecież on wczoraj krytykował wybory i kpił z nich, a ja to słyszałem i nie zameldowałem natychmiast w NKWD. Można by dziś pójść i powiedzieć o wszystkim, ale spytają: „Dlaczego nie doniosłeś o tym wczoraj?”
Bardzo mi głowa rozbolała się ze strachu. I nie wiedziałem, co tu robić? Doniosę o kontrrewolucyjnej rozmowie – wsiąknę razem z nim... albo za rozmowę taką, albo za zwłokę.
Nie doniosę, a może on zamelduje, że ja to słyszałem i nie postąpiłem tak, jak powinien postąpić każdy uczciwy oficer i komunista!... Ot, wpadłem ja w nieszczęście przez tę przeklętą wódkę! I po jakiego diabła pytałem ja go o tamtych, cholernych, Białorusinach?
Przecież z tego właśnie rozmowa później przeszła na wybory!
Porwałem się ja z łóżka i poszedłem do umywalni. A Lipa mnie wyprzedził. Już tam golił się.
– Jak zdrowie, czerwony dowódco? – spytał.
Patrzę ja jemu w twarz i staram się wymiarkować: pójdzie do NKWD, czy nie pójdzie?
Tymczasem odpowiedziałem:
– Głowa mnie bardzo boli.
A on mówi:
– Marna głowa od wódki dwa lata boli.
Co by to mogło znaczyć? Po co on o tych dwóch latach wspomina?... Co ma na myśli?...
Może zesłanie do łagru na dwa lata? Ale za taką rozmowę nie dwa lata, lecz najmniej osiem lat wpakują, a po odbyciu terminu, jeśli nie zdechnę, drugie tyle dołożą.
To ja powiadam:
– Za dużo wczoraj wypiliśmy. Nie pamiętam nawet ani słowa, o czym rozmawialiśmy.
A on roześmiał się (mnie od tamtego śmiechu aż kolana osłabły) i mówi, brzytew na dłoni wecując:
– Ot, gadaliśmy coś niecoś po przyjacielsku. Dzisiaj, to ja nie bardzo pamiętam.
I odkaszlnął. Ale jak odkaszlnął!
„Tak, zginąłem ja!” Zrozumiałem, że doniesie o naszej wczorajszej antypaństwowej rozmowie.
Bardzo mi przykro zrobiło się. Pomyślcie sami: ja, uczciwy oficer, i – można powiedzieć – bohater Armii Czerwonej, muszę zginąć przez tę podłą, polską (przepraszam – białoruską teraz) gadzinę!... Co robić?... Muszę chyba biec pierwszy prędzej donieść! Może trafię na dobrą chwilę i nie aresztują. Niechby już bili ile chcą. Zasłużyłem ja na to za swoją głupotę.
Lecz szkoda, że nie będę mógł pracować, jako oficer, na chwałę Rosji, partii i naszego kochanego WODZA, towarzysza Stalina.
„Tak – postanowiłem – ja pierwszy doniosę! Nie wyprzedzisz mnie, burżujski pachołku!
Poniosę odpowiedzialność za swoją głupotę i brak bolszewickiego charakteru!”
Wyszedłem ja z umywalni i pospiesznie ubieram się. A Lipa po chwili krzyczy z korytarza:
– Ej, dowódco, miejsce wolne. Proszę się myć i golić.
– Dziękuję – powiedziałem. – Trochę później.
A sam co prędzej ubrałem się, żeby go wyprzedzić, i jazda na ulicę. Kiedy skręciłem na szosę, to obejrzałem się i zauważyłem, że Lipa z domu wyszedł. To ja stanąłem z boku, za parkanem, i myślę sobie: „Teraz trzeba popatrzyć, gdzie on pójdzie”.
Niedługo Lipa mnie minął i nie do miasta, lecz na tory kolejowe poszedł. Trochę mi lżej zrobiło się, bo i to dostrzegłem, że w roboczym kombinezonie on szedł i sumkę z narzędziami niósł pod pachą.
„A może nie zamelduje?... Może naprawdę nie pamięta o czym wczoraj rozmawialiśmy?...
Przecież wypił on chyba ze dwa razy tyle co ja!”
Poszedłem ja z dala za nim. Niedaleko była elektrownia kolejowa. Lipa wszedł do środka, ja zaś skręciłem z torów w bok. Znalazłem sobie wygodne miejsce między stosami pokładów kolejowych i tam położyłem się. Myślę sobie tak: „Jeśli za dwie godziny nie wyjdzie do miasta, to chyba już nie doniesie. Pewnie naprawdę zapomniał o czym wczoraj przy wódce rozmawialiśmy”.
Ale czekałem ja aż do południa. Posłyszałem gwizdki. Niedługo potem Lipa wyszedł z elektrowni i przez tory ku domowi skierował się. Pewnie na obiad szedł. A ja, z dala za nim idąc, na dziedziniec nasz wstąpiłem i po cichu do swego pokoju wszedłem. Tam położyłem się na łóżku. Bardzo ja od strachu osłabłem, pocić się zacząłem i drżenie w łydkach
poczułem. Po jakimś czasie ten przeklęty Lipa do mnie zapukał. U mnie nawet serce zatrzymało się, ale poprosiłem wejść. Wszedł Lipa ze szklanką wódki w ręku.
– Masz, czerwony dowódco, lekarstwo od bólu głowy najlepsze. Klin... klinem!
– Nie – powiedziałem. – Nie będę ja pić. Wasza wódka jakaś dziwna, w głowę uderza i pamięć odbiera. Cały czas staram się przypomnieć sobie, o czym my wczoraj rozmawiali i nic w głowie nie zostało. Może ty pamiętasz?
– A po co o tym myśleć? Od tego może mózg spuchnąć. Czy człowiek spamięta wszystko, o czym po pijanemu gada?... Mówiliśmy o wszystkim i o niczym.
– A ty nie kłamiesz? – spytałem.
– Co ja ci mam kłamać?... Chyba ty naprawdę zbzikowałeś? Ot, wypij wódkę i będzie ci lepiej.
Lżej mi się zrobiło. Zrozumiałem ja, że nie doniesie, bo nie pamięta wcale o naszej reakcyjnej rozmowie. Wypiłem ja wódkę i potem usnąłem. Ale dopiero za trzy dni uspokoiłem się zupełnie. Lecz postanowiłem twardo, że nigdy już z nikim o politycznych sprawach rozmawiać nie będę. Nigdy!
29 listopada, 1939 roku. Lida.
Dzisiaj od Duniaszki list otrzymałem. Pisze:
„Kochany Miszeczka!
Bardzo ci dziękuję za twój list i za fotografię. Nie mogę ja na nią napatrzyć się. I trudno swoim oczom uwierzyć, że to naprawdę ty jesteś. Wszyscy ludzie z kołchozu naszego wieczorami, po pracy, do mnie przychodzą i fotografię oglądają, i też bardzo ją podziwiają.
Tylko nie mogą uwierzyć, że zegarki, które masz na rękach i w kieszonkach, są prawdziwe.
Ale ja wierzę tobie, mój ty orle i bohaterze, i bardzo jestem z ciebie dumna.
Chcę i ja tobie moją fotografię posłać. Złożyłam nawet w tym celu podanie do NKWD, żeby pozwolili na wyjazd, na jeden dzień, do miasteczka. Przypuszczam, że mogą pozwolić, chociaż wszyscy mówią, że nie słyszano tu o takim wypadku. Ale ja dołączyłam zaświadczenie prezesa kołchozu o tym, że wyrabiam po 150 procent normy i należę do komsomołu. Szkoda, że nie mam ja sukienki, lecz tylko bardzo starą watówkę. Ale prezes kołchozu mówił nam, że kołchoz nasz został wyróżniony za wydajną pracę, to mogą w nagrodę sprzedać trochę materiału na ubrania. A ponieważ mówił to w 1936 roku. To chyba niedługo doczekamy się.
Wówczas ja sobie piękną sukienkę sporządzę.
Niedawno przyjechali z NKWD i zabrali rodzinę Morgałowa, którego wysłano do łagru za to, że po pijanemu mówił, że będzie wojna z Niemcami. Pisałam ci już o tym. To my potem zebranie zrobiliśmy i wysłali podziękowanie władzom za ochronę nas od kontrrewolucyjnych elementów. Bo wiadomo, jeśli Morgałow mówił, że będzie wojna z Niemcami, to i ktoś z jego rodziny mógł to posłyszeć. Trzeba niszczyć tych faszystowskich gadów i angielskich agentów.
Bardzo się cieszę, że doszły do was tamte eszelony z napisami „CHLEB DLA GŁODUJĄCEJ POLSKI” i że nie macie teraz biedy z wyżywieniem. Ogromnie to przyjemnie, że nasz rząd tak dba o bohaterską Armię Czerwoną. Tylko boję się ja bardzo, żeby ciebie tamci krwiopijcy, Polacy, gdzieś podstępnie nie zamordowali albo otruli. Uważaj, maleńki, na siebie i bądź bardzo ostrożny.
Przesyłam ukłony od całej rodziny i całuję ciebie mocno.
Twoja do grobowej deski,
Dunia”.
Przeczytałem ja ten list i postanowiłem od razu, że kupię dla Duni sukienkę i trzewiki.
Poszedłem ja do miasta, ale w sklepach już prawie nic nie ma. Wiadomo, nasze chłopaki wszystko wykupili, a kupcy nowych towarów nie sprowadzają i sklepy pozamykali. Ale jest za to dużo komisowych sklepów, w których trochę drożej można kupić czego tylko dusza zapragnie. Tu tutejsi burżuje wyprzedają swoje rzeczy, bo im pieniędzy na życie zabrakło.
Bardzo to dla nas korzystne i bardzo z tego cieszymy się.
Otóż kupiłem ja dla Duni sukienkę, ale specjalnie tańszą wybrałem, bo i tak cały kołchoz będzie jej zazdrościć. Kupiłem też używane trzewiki, no i bielizny dwie pary, bo pamiętam, że bielizny ona w ogóle nie miała. A panienka, która w sklepie tamtym rzeczy sprzedawała, spytała mnie:
– To pewnie dla żony?
– Nie – powiedziałem. – Dla narzeczonej. Ona jest artystką w teatrze.
A druga mówi:
– Czyż u was w Rosji nie ma sklepów z ubraniem i obuwiem, żeby mogła sobie na miarę kupić?
Zrozumiałem ja, że podła gadzina faszystowska w polityczną rozmowę mnie wciąga i chce, w sposób podstępny, Związek Radziecki wykpić. Więc powiedziałem:
–U nas wszystkiego dużo jest i wszystko lepsze i tańsze jak u was. Wy nawet nie widzieliście takich rzeczy, jakie my mamy!
– To po co wy tu wszystko wykupujecie?
– Jak to: po co?... Żeby prezent posłać, jako dowód pamięci. Ot będzie to w domu do brudniejszej roboty wkładać. A na wieczorynkę, albo zebranie jakieś, czy na spacer, to nasze sowieckie ubranie włoży.
Jedna z nich powiedziała:
– Mamy dobre jedwabne pończochy. Może kupicie do kompletu?
Pomyślałem ja: „Rzeczywiście warto Duniaszce pończochy posłać”. A sprzedawczyni pudełko na ladzie postawiła i pokazuje mnie pończochy różne. Obejrzałem ja wszystkie i tak powiedziałem:
– Cóż to za pończochy, jak pajęczyna! U nas pończochy wyrabiają mocne i grube. A te, to ja nie wiem jak ona na nogę wciągnie.
– Czemu? – powiedziała jedna z nich. – To są bardzo mocne. Na pewno mocniejsze jak wasze bawełniane. I na nogach pięknie leżą.
Kupiłem ja dwie pary pończoch i pytam o podwiązki. Bo gdzież tam Duniaszka gumy na podwiązki kupi? A one powiadają, że teraz gumy na podwiązki u nich nie ma. I że w ogóle mało kto podwiązki nosi.
– To jak wy pończochy nosicie, żeby w dół nie osuwały się?
A one jak zaczną się śmiać. Potem starsza, i taka wyszczekana, powiada:
–Zraz wam pokażę.
Wyjęła z szuflady jakiś, różowego koloru, przyrząd i na sobie, na biodrach zapina. Potem tłumaczy mnie:
– To pas się nazywa. A do tych gumek z boku przypina się pończochy. To lepsze jak podwiązki, bo nie uciska nóg i pończochy się nie marszczą.
Kupiłem ja i pas. Za wszystko uczciwie zapłaciłem i poszedłem do domu. Rozłożyłem ja tam te rzeczy na łóżku, na stole, i na krzesłach i oczom swoim nie wierzę: jakie to wszystko piękne! Tak, rozkosznie się żyło burżujom i burżujkom w tej ich imperialistycznej Polsce!
Nazajutrz spakowałem ja to wszystko do pudełka, napisałem chemicznym ołówkiem adres i nazwisko Duni i poniosłem paczkę na pocztę... Omal nawet nie wysłałem, ale – na szczęście – w ostatniej chwili opamiętałem się. Cóż ja robię?! Jeśli Duniaszka te rzeczy otrzyma (co może się zdarzyć) i ubierze się w nie, to o niej nie tylko cały kołchoz będzie gadał, lecz i NKWD się dowie... Zaczną badać: skąd to ma? Jak i co? Może, naturalnie, się tłumaczyć, że narzeczony z Polski prezent przysłał. Ale skąd on to wszystko wziął?... Kupił... Ale od kogo?... Od burżujów... To znaczy...
Nie dokończyłem ja tej myśli i poczułem, że od razu cały mokry zrobiłem się od potu... Ot, zgłupiałem ja całkiem między burżujami żyjąc! Toż ja moją kochaną Duniaszkę mogłem zgubić, a może i siebie z nią razem! Na szczęście w porę opamiętałem się, z poczty wyślizgnąłem się i po cichu, bocznymi ulicami, wróciłem z tamtą przeklętą paczką do domu.
Zdarłem z pudełka papier z adresem i spaliłem go. A paczkę pod łóżko w kąt wsadziłem.
Dopiero wówczas uspokoiłem się.
19 grudnia, 1939 roku. Lida.
Dawno już nie pisałem, ale i czasu nie bardzo mam na to. Zresztą nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Burżuazję polską poskromiono wzorowo. Ta zaś, która jeszcze ocalała, siedzi cicho po kątach, a nasze bohaterskie NKWD ją po trochu likwiduje. Rząd nasz przywrócił wolność Białorusinom i wspaniałomyślnie zaszczycił ich przyjęciem do Związku Radzieckiego. Teraz – po sam Bug i za Bug – wszystko nasze. Litwa otrzymała zagrabione jej przez polskich panów Vilnius i bardzo jest za to wdzięczna naszemu WIELKIEMU Stalinowi.
Słowem: wprowadzamy planowo wszędzie porządek, swobodę, kulturę, dobrobyt i sprawiedliwość. Socjalizujemy, co możemy i gdzie możemy – po komunistycznemu.
Niedawno kupiłem ja sobie jeszcze jeden zegarek. Ale nie w sklepie, lecz od znajomego Lipy, też robociarza, któremu pieniędzy na wódkę zabrakło. Teraz każdy, kto tylko na mnie spojrzy, od razu widzi, że ważna persona jestem, bo przy dwóch zegarkach chodzę. A jakże!
Bardzo to przyjemne samopoczucie. Tak.
Prócz tego mam prawdziwą walizkę, prawie zupełnie nową, z dwoma zamkami i miedzianymi okuciami na rogach. Kupiłem sobie też chromowe buty angielskiego fasonu, z rzemykami pod kolanem. Niedawno ubrałem się ja fasonowo i z walizką w ręku ze dwie godziny przed lustrem stałem, na siebie patrzyłem i napatrzyć się nie mogłem. Tak, można
powiedzieć, że na znakomitą osobistość wyglądam. Tylko wzrostem ja za mały i nos trochę przypłaszczony. A poza tym wszystko wspaniale! Spodnie z francuskim galife, z niemieckiego sukna uszyte; buty, angielskiego fasonu, lśnią jak gwiazdy na sowieckim sztandarze; zegarki szwajcarskie: tyk-tak!... tyk-tak!... Jeden w kieszonce, drygi na ręku.
Nie ma co mówić, pięknie wysztafirowałem się! Ot, żeby tak ubranym i z walizką w ręku wrócić do Pawłowa i pójść na spacer ulicą! To by ludziska patrzyli i podziwiali! Całe miasteczko by się zbiegło, żeby mnie zobaczyć. Tak wysoko ja zaszedłem, zawdzięczając władzy radzieckiej i naszemu WIELKIEMU Stalinowi.
W dalszym ciągu mieszkam u Lipy, lecz wódki z nim nie piję i rozmawiam bardzo ostrożnie. Raz jeden wpadłem w nieszczęście, ale dobrze się skończyło, więc teraz muszę na siebie uważać.
Przyglądam się ja, jak żyją Lipy i bardzo się dziwię. Dobrze jedzą, czysto chodzą i własny dom mają. We cztery osoby w trzech pokojach mieszkają. I wszędzie są firanki i kwiatki. A w jednym pokoju nawet prawdziwy patefon zauważyłem. Daję komunistyczne słowo honoru, że nie kłamię!... Nie mogę ja uwierzyć w to, że Lipa uczciwym sposobem do takich wielkich bogactw doszedł! Bo, że robotnikiem on teraz jest, to prawda. Przekonałem się. Ale żeby cała rodzina z jego pracy mogła żyć w takiej rozkoszy, to w taką bajkę nikt rozsądny nie uwierzy.
Żona Lipy ze czterdzieści lat ma. Ale kobieta niczego sobie, tłusta. Z początku ja do ich starszej córki oko robiłem. Piękna panna. Julka się nazywa. Wysoka, zgrabna, piersiasta i w zadzie należycie rozrośnięta. A ubiera się jak aktorka filmowa. Nawet kapelusz czasem włoży i różne tam palta i żakiety posiada. A także parasolkę. Nawet pewnego razu u niej zegarek na łańcuszku przyuważyłem. Ot, myślę ja sobie, żeby mnie taką podczepić! Więc zacząłem ja ją kokietować. To ją łokciem szturchnę, to na nogę nastąpię przechodząc, to mrugnę do niej w sposób znaczący... Naszej by to wystarczyło. Za cześć wielką uważałaby, że ją czerwony oficer raczył swoją uwagą zaszczycić. A ta nic – mordę kręci. Więc ja pewnego razu, nad wieczór, drogę na dziedziniec zastąpiłem i mówię bardzo politycznie:
– Może pójdziemy dziś do klubu kolejowego na film. Ja bilet zafunduję.
– Dziękuję – powiedziała. – Nie interesują mnie wasze kluby i filmy. Zresztą widziałam, że tu wasze sowietki przyjechały i w sołdackich mundurach chodzą. Możecie sobie którąś z nich zaprosić.
– Nie chcecie – powiedziałem – to nie trzeba. Lepszą znajdę.
A ona mówi:
– Choć i sto na raz.
Odtrąciła mnie i poszła. Ja bym potrafił inaczej z nią pogadać. Chłopaki dużo opowiadali, jak z takimi burżujkami trzeba postępować. Ale na Lipę wzgląd miałem i na jego proletariackie pochodzenie. Poza tym widać, że on człowiek taki, co i w mordę walić potrafi.
A ja jakoś nie bardzo lubię jak mnie w mordę biją. Delikatną mam naturę.
1 stycznia, 1940 roku. Lida.
WIELKIEMU Stalinowi hura! hura! hura!
Zaczynamy Nowy Rok. Zastanawiałem się nad tym, czego bym ja pragnął dla siebie w Nowym Roku? Otóż największym moim pragnieniem jest umrzeć dla chwały naszej świętej Rosji, w obecności jej genialnego wodza, Stalina. Wyobrażałem to sobie w ten sposób: jestem śmiertelnie ranny w walce z angielskimi, krwiożerczymi pachołkami kapitalistów i leżę w szpitalu. Wiem, że umrę, ale i to wiem, że własnoręcznie zabiłem kilkudziesięciu
imperialistów angielskich i zdobyłem sztandar najbardziej zezwierzęconego ich pułku. Tak.
Otóż, leżę i umieram... Szkoda mi rozstawać się z życiem, bo – wiadomo – już i dwa zegarki mam, i walizkę, i buty chromowe. Ale wiem, że i po śmierci – gdy nasza potężna Rosja opanuje cały świat i będzie nim rządzić, likwidując systematyczne elementy reakcyjne – moje imię będzie wyryte złotymi literami na marmurowej tablicy, jako bohatera
Światowego Związku Radzieckiego. Tak.
Otóż leżę ja i kategorycznie umieram. Mnie proponują kotlety i inne takie różne kiełbasy, ale ja nic... nawet uwagi na to wszystko nie zwracam. W tym momencie otwierają się drzwi i na salę wchodzi potężnie uzbrojony oddział NKWD. Obstawiają wszystkie okna i drzwi, i trzymają broń w pogotowiu. Potem zjawiają się sami marszałkowie i generałowie, i robią szpaler od drzwi do mojego łóżka. A ja nic: leżę i umieram... Potem... potem... ukazuje się ON! Mój wódz!... Słońce Rosji i świata... On... towarzysz Stalin... Ja zrywam się z łóżka, staję na baczność i krzyczę: „Wielkiemu Stalinowi hura! hura! hura!” A ON zbliża się do mnie i mówi:
– Połóż się, Michaile Nikołajewiczu. Dość napracowałeś się na chwałę naszej świętej Rosji.
Ściska mi dłoń i siada na łóżku. Potem wyjmuje z kieszeni butelkę „specjalnej moskiewskiej” i nalewa mnie szklankę wódki (sobie też) i powiada:
– Wypijmy, towarzyszu, na zgubę podłej Anglii i za zdrowie naszego wiernego przyjaciela, Adolfa Hitlera.
No, wypiliśmy, przekąsili, a potem ON pyta:
– Jak się czujesz?
– Umieram – powiadam – ojczulku kochany.
– To nic, głupstwo – mówi – ale imię twoje będzie nieśmiertelne. Możesz sobie umierać spokojnie.
– Słucham pokornie – odpowiadam – wodzu mój kochany.
I czuję, że umieram, umieram i umarłem... w obecności Stalina.
Tak... piękne to marzenie, lecz na razie trzeba żyć i utrwalać naszą wielką sowiecką kulturę w tej nieszczęśliwej, wyeksploatowanej przez polskich krwawych panów, Białorusi.
Wczoraj spotkałem ja lejtnanta. Dubina. Powiedział:
– Przyjdź do mnie wieczorem. Wypijemy. Spotkamy Nowy Rok. Będzie kapitan Jegorow i jeszcze kilku chłopaków.
– Dobrze – powiedziałem.
I poszedłem. No, naturalnie, ubrałem się odpowiednio i perfum nie pożałowałem.
Przychodzę, a tam już wszyscy są i kapitan Jegorow też.
– Od czego zaczniemy? – spytał nas Dubin.
– Wiadomo od czego – powiedział lejtnant Sinicyn. – Od wódki zaczniemy, wódką i zakończymy.
– A może z początku herbaty chcecie?
– Herbata nie wódka: dużo nie wypijesz.
No i dawaj my chlać... Znalazła się gitara. Dubin niczego sobie gra, głośno. Więc my chórem „Moskwę” machnęli. Głos, wiadomo, każdy z nas ma i śpiewa z całych sił, to aż okna się trzęsły i szklanki dzwoniły. Niech burżuazja słyszy i zna, że Czerwona Armia się bawi!
W kącie pokoju pianino stało. Ale grać nie umieliśmy na tym faszystowskim instrumencie.
Jednak – kiedy wypiliśmy więcej – to Sinicyn spróbował. I nawet bardzo dobrze wyszło.
Więc Dubin na gitarze rżnie, my z całych sił „Jeśli zawtra wojna” śpiewamy, a Sinicyn pianino obu rękami po zębach chlaszcze. I tak ładnie nam szło, że my tym sposobem do północy się bawili.
Potem Dubin uroczyście powiedział:
– Drodzy towarzysze! Zaraz będzie Nowy Rok. Zaczniemy go specjalną zakąską do wódki. Jest to najlepsze na świecie burżujskie jedzenie!
Poszedł on do szafki i wyjął dużą papierową torbę. Przyniósł ją i wyrzucił zawartość na stół. Było to coś podobnego do strąków dużego bobu, albo do małych ogórków.
– Co to jest? – spytałem.
– Banany – powiedział Dubin. – Nasze chłopaki z NKWD tu u pewnego burżuja, który miał dawniej owocarnię, rewizję robili i dużo tego specjału znaleźli. Więc i mnie trochę dali.
– Dawać tu banany! – krzyczy Jegorow. – Dość burżujom tym się obżerać. Teraz nasza kolej!
No, nic. Dubin banany porządnie w umywalce wymył i kilka z nich plasterkami na talerzu pokrajał, potem, oczywiście, odpowiednio posolił i każdemu wódki nalał.
– Zdrowie piechoty! – powiedział.
Wypiliśmy i bananami zagryzamy. Ale, cholera go wie, jakoś niesmaczne było. Ja nawet wypluć chciałem.
A Sinicyn wówczas powiedział:
– Do tych bananów trzeba octu i tak samo pieprzu.
Pieprz był, ale po ocet Dubin do gospodyni poszedł pożyczyć. Zaprawialiśmy banany octem, no i, rzecz jasna, pieprzem. I zupełnie inny smak wyszedł. Ale wszystko jedno nie podobały mi się. Wolę kiszone ogórki, a nawet cebulę. Ale nic, pod wódkę to nawet i banany pójdą. Tylko to było najgorsze, że kapitan Jegorow, nieco za wcześnie, chorować zaczął.
Sinicyn do pianina go poprowadził, przykrywkę u góry instrumentu otworzył i powiedział:
– Walcie, towarzyszu do środka, bo szkoda podłogę zanieczyszczać. A w tym głupim instrumencie miejsca dość. Wszystko się zmieści.
Widzę ja z drugiej strony pianina Maślannikow przysposobił się, i też naloty na Rygę robi.
Ale ja dobrze się trzymałem i dalej wódkę pod banany chlastałem. A potem posłyszałem jak Dubin powiedział:
– Te banany to najlepiej z olejem jeść i cukrem. Ale szkoda, że nie mam.
Nie zdążył on tego wypowiedzieć, jak kapitan Jegorow od pianina oderwał się, do stołu zbliżył się, jeden banan (jeszcze nie pokrajany) wziął i Dubina nim w zęby jak zajedzie.
– Otrułeś mnie, draniu! – krzyczy. – Nigdy ja od wódki tak prędko nie rzygałem. Banany należy się kiszone jeść, albo marynowane, a ty surowe dałeś!
I w mordę go, i w mordę. Więc Dubin zaczął bronić się. Chwycili się za włosy i po podłodze tatłają się. Kapitan Jegorow naszego gospodarza całego bananami zanieczyścił. Ale to drobiazg: ot, trochę śmiechu było i już. A potem my znów pili, ale na banany jakoś wszyscy apetyt stracili. Tylko Dubin dalej jadł, żeby nie zmarnowały się.
– Szkoda, że wam nie podobają się – mówił. – To przecież sama najlepsza burżujska przekąska. Tylko pewnie trzeba do nich chrzanu, albo musztardy dodawać.
– To niech sobie tę przekąskę burżuje i żrą! – powiedział kapitan Jegorow. – A ja za takie kpiny i śmiechy będę w mordę bił!
Ale nie bił więcej. Pewnie bardzo osłabł, bo rzygał on długo. Bawiliśmy się tak chyba do trzeciej rano. Dobrze nie pamiętam, bo przytomność straciłem i tylko nad ranem z zimna obudziłem się. A zimno musiało być, bo kapitan Jegorow, w trakcie zabawy, wszystkie okna krzesłem powybijał i pół pieca uszkodził.
Ciemnawo jeszcze było. Chłopaki śpią – kto gdzie... Sprawdziłem ja, czy zegarki mam?
Ale były na miejscu. W dobrym towarzystwie się bawiłem. Więc poszedłem ja do domu.
Takim to sposobem, bardzo wesoło i przyjemnie, spotkaliśmy Nowy Rok.
19 stycznia, 1940 roku. Lida.
Mieszkam ja nadal u Lipów. Wódki z nim nie piję, chociaż wiele razy mi proponował:
„Zagrzejemy się, czerwony dowódco”! Ale powiedziałem mu, że doktór mi pić zabronił, bo mam chory żołądek. „To właśnie na chorobę żołądka najlepsze – mówił Lipa. – Przepali, przeczyści i będziesz zdrów. Ale nie dałem się namówić. Dość miałem strachu za pierwszym razem.
Pokój mój bardzo przyjemny. Obliczyłem, że ma 24 metry kwadratowe mieszkalnej powierzchni. U nas w Związku to by musiało tu czterech ludzi żyć (po 6 metrów na każdego), a ja sam rozkoszuję się. I nikt w moje sprawy nosa nie wsadza. Bardzo to przyjemnie, chociaż i niesocjalistycznie. Kilka razy piłem u Lipów herbatę. Tylko zawsze starałem się o polityce z nimi nie mówić. Dostrzegłem, że oni wcale tego nie rozumieją, że „polityczne rozmowy” do niczego dobrego nie doprowadzają i mogą być bardzo niebezpieczne. A wyjaśniać im tego nie chciałem... Zgodnie z Lipami żyję. Nie ma co mówić, dobrzy są ludzie. Tylko tej Julki nie lubię. Chytra, niegrzeczna, nosa zadziera i dla mej oficerskiej szarży żadnego poszanowania nie wykazuje.
Jest u Julki siostrzyczka. Zośka nazywa się. Ma może dziesięć lat. Ale jaka sprytna! Jak wyrośnie – druga Julka będzie. Lecz teraz nasza władz ją po trochu wykształci i może na komunistkę wykieruje. Na razie do ich burżujskiej szkoły chodzi... U nas specjalne wykłady były, jak odnosić się do tutejszej ludności. Główna rzecz (powiadali) nikomu nie ufać i nic o Związku nie opowiadać. Bo starszy element, który pod burżujskimi rządami wyrósł, jest na zawsze stracony i zepsuty ostatecznie, więc musi być stopniowo zlikwidowany. Natomiast dzieci można będzie wychować na pożytecznych dla Rosji ludzi. Trzeba do nich dobrze odnosić się, dawać cukierki i wpajać w nich miłość i szacunek dla partii i Stalina. Więc ja często dla Zośki cukierki przynosiłem. Bardzo ona słodycze lubi. I często z nią o różnych sprawach rozmawiałem. Pewnego razu spytałem jej:
– Kto ty jesteś: Polka czy Białorusinka?
– Polka – powiedziała.
–Nie – mówię. – Nie jesteś Polką, bo Polski już nie ma i nie będzie.
A ona powiedziała:
– Ot przyjdą Anglicy, was stąd wypędzą i znów Polska będzie wolna.
Pewnie ona to w szkole słyszała. Okropna ta burżujska nauka. Mają rację politrucy.
Potem zapytałem:
– Czy ty wiesz, kto to jest Stalin?
– Wiem dobrze – powiedziała.
To mnie bardzo się spodobało, więc ja ją po główce pogłaskałem i cukierka jej dałem.
Powiadam:
– To bardzo dobrze, że wiesz. Ale powiedz mi dokładnie, kto on jest?
A ona mówi głośno i wyraźnie:
– Tyran i krwiopijca, który razem z Hitlerem chce zniszczyć świat i zrobić wszystkich niewolnikami, tak jak w Rosji.
Ja od razu spociłem się. Z miejsca wstałem. Obejrzałem się. Potem drzwi otworzyłem, żeby zobaczyć czy w sieniach kogoś nie było, czy ktoś jeszcze nie słyszał jej słów... Tchu mi zabrakło. Pomyślałem sobie, ludzie uczciwi, takie rzeczy gadać na Stalina i Hitlera, na zbawców ludzkości! Do czego doprowadzili dziecko burżuje! Ale na szczęście nikt tego nie słyszał.
Długo patrzyłem ja ze zdziwieniem na Zośkę. Pierwszy raz w życiu coś podobnego posłyszałem. Potem spytałem ja jej:
– Kto ci to powiedział: tatuś, mamusia czy Julka? A może w szkole to słyszałaś?
A ona mówi:
– Nikt mi tego nie powiedział, ale wiemy wszyscy... I wy też wiecie, tylko udajecie, że nie, bo się boicie waszego NKWD.
Ja jej na to nie odpowiedziałem, ale od tamtego czasu zacząłem i jej się bać. W dziesięciu lat wieku jest już tak zatwardziałą faszystką i angielską agentką!
A ona, tak jak i dawniej, do mnie wciąż przychodzi i prosi to ilustracje jej pokazać, to pistolet. Ale już nigdy jej o nic nie pytałem, bo nawet słyszeć takich rzeczy nie chcę. Ją teraz trzeba będzie długo z tych burżujskich pojęć wyzwalać. Ale to już nasze sowieckie szkoły zrobią.
Bardzo mnie interesowała pewna kwestia: jak w tutejszych burżujskich szkołach tresują dzieci na takich faszystowskich szakali? Małe dziecko przecież nie może mieć żadnego pojęcia o świecie i można w nie wszystko wmówić. A świat kapitalistyczny, wiadomo, tylko na fałszu, terrorze i propagandzie się trzyma... Dużo ja czytałem o tym, jak w polskich szkołach nauczyciele i księża znęcają się nad dziećmi i takim sposobem wbijają im do głowy różne faszystowskie pojęcia. Postanowiłem ja zbadać tę sprawę, bo szkoły dla dzieci na razie zostały te same, co były tu poprzednio. Otóż pewnego dnia, po południu, Zośka wcześniej do domu przyszła ze szkoły. Na dworze był duży mróz. Ona plecak z książkami w swoim mieszkaniu zostawiła i do mnie puka, bo u mnie najlepiej w piecu palili i zawsze było bardzo ciepło. Tego dnia ja służby nie miałem i siedziałem w domu.
Dałem ja jej cukierka i gadamy. Ona taka wesoła. Opowiada mi, co widziała w mieście.
Pyta, czy umiem z armaty strzelać? Ot, paple jak dziecko... burżujskie. Bo nasze, sowieckie dzieci, są inne: poważne, mało się śmieją i są dobrze uświadomione o roli proletariatu i Rosji.
A przede wszystkim bardzo kochają Stalina i wiedzą, że czeka je wielkie zadanie – walczyć o wyzwolenie świata od ucisku kapitalistycznego. A tej, to tylko śmiechy, cukierki i zabawy w głowie! Tak, marny los tutejszych dzieci!
Więc postanowiłem ja wybadać Zośkę jak ich biją. Wiem, że nauczyciele i księża mają, w tym celu specjalnie wyrabiane, gumowe pałki; poza tym są u nich linijki. Obejrzałem ja dłonie Zośki i żadnych śladów bicia nie dostrzegłem. Więc powiadam do niej:
– Chcesz otrzymać pięć rubli na cukierki, to zdejm sukienkę i pokaż mi plecy.
– Kiedy ja się wstydzę – powiada. – A po co wam to?
– Nie masz czego wstydzić się – mówię. – Ja słyszałem, że tatuś i mamusia ciebie biją.
Chcę więc zobaczyć czy masz ślady od bicia.
– Tatuś mnie nigdy nie bije, a mamusia czasem da klapsa.
– Więc pokaż plecy, bo ci nie uwierzę.
Zośka zdjęła sukienkę i ja obejrzałem dokładnie jej plecy. Ale żadnych sińców, ani znaków od bicia nie zobaczyłem. Dałem ja jej pięć rubli i pytam:
– Powiedz prawdę, czy ciebie w szkole biją?
– Po co? – spytała.
– Jak, po co?... Wiem dobrze, że was, dzieci, nauczyciele i ksiądz zawsze biją.
– Nie – powiedziała. – To nieprawda.
Dziwna historia! Rzeczywiście żadnej na niej rany, ani śladów od bicia nie znalazłem. Ale może jest uprzywilejowana i swoim krwiożerczym nauczycielom wysługuje się? Chyba tak oto i jest. Bo inaczej tego zrozumieć nie można!... Jednak ta Zośka chytra. Nie zdradza swych nauczycieli i księdza. Taka mała, a już dobrze wytresowana. Chyba nic z niej pożytecznego dla naszego Związku Radzieckiego nie będzie. Na pewno jest kapitalistyczną pionierką i rodziców, oraz innych uczniów śledzi, i do faszystowskiego NKWD donosy robi, Inaczej nie może to być.
7 lutego, 1940 roku. Lida.
Przedwczoraj poszedłem ja wieczorem do kina. Nie o kino mi chodziło, lecz dowiedziałem się, że niedawno nowa partia sowietek przyjechała. Pomyślałem sobie, może i ja którą z nich podczepię, bo z tutejszymi burżujkami nic nie wychodzi. Każda mordę zadziera aż pod sufit.
Nawet gadać z nami nie chcą. Otóż przyszedłem ja do kina i widzę: rzeczywiście są. Po dwie, po trzy, chodzą, śmieją się, pestki słonecznikowe łuszczą i ku mężczyznom w sposób interesujący zerkają. I naszych chłopaków również dużo się zebrało, żeby nowy towar dokładnie obejrzeć.
Ja kilka razy przed kinem przeszedłem i uważam, którą by przygadać. Wiadomo, że i one po to tu przyszły. Ale jako oficer chcę wybrać sobie trochę lepszą, bo wśród nich straszne wydry bywają. Wreszcie jedną lepszą zauważyłem. Trochę do Duni podobna i z wyglądu delikatna bardzo. Zbliżyłem się ja do niej i mówię:
– Jakby ja was skądś znam.
– I mnie się tak zdaje – powiedziała.
– To może do kina poszlibyśmy?
– Czemu nie – powiedziała. – Tylko ja pieniędzy na bilety nie mam.
– To ja tobie kupię.
– Jeśli tak, to chodź.
Pożegnała się ona z koleżankami i poszliśmy. Bardzo był dobry film. Nawet zapiszę dla pamięci. Otóż w pewnym kołchozie robota kiepsko szła. Nigdy według planu normy nie osiągnęli. Posyłano tam i instruktorów, i komisje różne, i nic; to samo. Zdawało się, że wszystko tam jest, co trzeba do pracy, a jednak wyniki zawsze były marne. Kilku już
prezesów kołchozu wysłano do łagru, czy gdzieś dalej nawet. Ale u każdego następnego to samo. Wreszcie posłano tam – dla zbadania zagadkowej sprawy – pewną komsomołkę.
Pojechała niby dla pracy „kultoświatowej”, no i „czerwony kącik” założyć. Otóż przyjechała ona i pracuje jak się należy, a tymczasem wszystko dookoła obserwuje i szkodników szuka. A do niej przymigdalił się naczelnik traktorowej stacji. Zgrabny chłop i młody. Ona też była piękna. Zaczęli oni ze sobą romansować. Razem książki czytają, razem na zebrania chodzą, razem śpią. Słowem: kulturalnie czas spędzają. On w niej i zakochał się, a ona w nim. On chciał, żeby zaraz ślub wziąć. Ale ona powiedziała, że trzeba zaczekać do jesieni, kiedy główne roboty będą skończone. Bo na pierwszym miejscu jest obowiązek, miłość zaś na drugim. On musiał się zgodzić, ale zrobił to bardzo niechętnie i był niezadowolony. To się jej wydało bardzo podejrzane. Więc zaczęła ona uważnie go obserwować i pewnego razu – kiedy on był na stacji traktorowej – wszystko w jego pokoju przeszukała i znalazła kartkę w obcym języku. Ponieważ nie mogła ona jej przeczytać, ale zrozumiała, że sprawa jest podejrzana, to ona tę kartkę wzięła i nocą, na piechotę, trzydzieści wiorst do miasta odwaliła. Tam doręczyła kartkę naczelnikowi NKWD. On kartkę sfotografował, a komsomołkę odwiózł zaraz autem i wysadził w pobliżu kołchozu. Kazał jej kartkę na miejscu położyć, aby tamten łotr nie dostrzegł niczego. Jej zaś kazał dalej go śledzić... No, nadeszła jesień. Zbiory były dobre, jak nigdy. Więc zauważyła, że jej kawaler posmutniał. Zrozumiała ona z tego, że bardzo mu się nie podoba, iż kołchoz może zacząć rozwijać się. Więc ona jeszcze uważniej go obserwowała i dostrzegła pewnej nocy, jak on do miasta pojechał i stamtąd jakąś paczkę przywiózł.
Zbadała ona tamtą paczkę i okazało się, że była w niej bomba zegarowa angielskiego wyrobu.
A następnej nocy dostrzegła ona, że on z łóżka, w którym razem spali, wylazł po cichu i wyszedł z izby. To ona z daleka za nim. I zobaczyła, że podły sabotażysta podłożył bombę pod tamę, która regulowała poziom wody w jeziorze. Takim sposobem chciał on kołchoźne pola wodą zalać i wszystkie zbiory zniszczyć. Zostawił on bombę pod tamą i poszedł na stację traktorową, żeby mieć wytłumaczenie dokąd chodził... jeśli ktoś o to spyta. A ona tymczasem bombę spod tamy wyjęła i do jeziora ją wrzuciła. Potem zdołała pierwsza do domu wrócić. Bomba wybuchła w jeziorze, ale szkody wielkiej nie zrobiła. Wszyscy zrozumieli, że był to zamach na kołchoźne dobro i prezes powiadomił o tym NKWD.
Zaraz przyjechały władze i zrobiły zebranie. Prezes wystąpił z mową i powiedział, że wśród nich jest sabotażysta, który od dawna pracy szkodzi, a teraz chciał cały ich dorobek zniszczyć.
Wówczas wystąpił tamten sabotażysta i też przemawiał za czujnością i twierdził, że zamachowiec na pewno z miasta przyszedł. Dopiero wtedy komsomołka wystąpiła i powiedziała:
– Ten sabotażysta, to ty jesteś! I bombę tamtą też ty pod tamę podłożyłeś, ale ja ją w porę usunęłam.
A on na to:
– Jakaż twoja miłość, jeśli ty mnie gubisz?!
Ona zaś mu odpowiedziała:
– Jestem komsomołka i stawiam obowiązek na pierwszym miejscu. A ciebie, jako wroga
Związku Sowieckiego, sama bym zastrzeliła!
Ja byłem tak wzruszony tymi słowami, że zacząłem klaskać w dłonie i krzyczeć: brawo!
A koniec filmu był następujący. Ją wezwano do Komitetu Partyjnego i udekorowano uroczyście orderem. Jego zaś pokazano za kratkami... Bardzo był piękny film i ja ogromnie nim wzruszyłem się. Spytałem mej towarzyszki:
– Jak ci, Nastko, film się spodobał?
– Owszem – powiedziała. – Tylko szkoda mi chłopaka. Taki przystojny.
Wyszliśmy z kina. Ja do niej mówię:
– Czy do ciebie spać pójdziemy, czy do mnie?
– Do mnie nie można – powiedziała. – Ja z sześciu koleżankami w jednym pokoju mieszkam.
Więc poszliśmy do mnie. Przespaliśmy się i rano ja wcześniej wstałem, bo do koszar musiałem iść. Służbę tego dnia miałem. Zacząłem ja ją budzić. A ona powiedziała:
– Możesz sobie iść. Ja jeszcze z godzinkę pośpię, a potem pójdę.
Poszedłem ja na służbę. Wieczorem wróciłem – Nastki nie ma. Pokój nie sprzątnięty, łóżko nie zasłane. Zacząłem ja wszystko porządkować i dostrzegłem, że pod łóżkiem nie ma tamtej paczki, co chciałem ja Duniaszce wysłać ale rozmyśliłem się. Bardzo ja zdenerwowałem się i zawołałem Lipę. Powiadam do niego:
– Tu u mnie z pokoju paczka z drogocennymi rzeczami zginęła.
– Kiedy? – spytał.
– Nie wiem – powiedziałem – kiedy zginęła. Tylko tu nikt prócz ciebie, twej żony i córek wstąpić nie może. Spytaj je. Może która w żart wzięła?
A on mówi:
– Żadna z nich nie weźmie ani żartem, ani naprawdę. Takich zwyczajów u nas nie ma. Ale ja zauważyłem, że dziś rano z domu, z twego pokoju, wyszła jakaś sowietka i pudełko niosła pod pachą. Nawet spytałem jej, co chciała w mieszkaniu? To mi odpowiedziała:
– Nocowałam u narzeczonego.
Bardzo mi przykro zrobiło się i rzeczy wartościowych wielka szkoda. Więc postanowiłem ja koniecznie Nastkę znaleźć. Zacząłem każdego wieczora w pobliżu kina chodzić. Ale nie przyszła nigdy. Wreszcie złapałem ja ją w dzień na rynku. Była tam z trzema koleżankami.
– Dzień dobry, Nastko! – mówię.
A ona z początku udała, że mnie nie poznaje wcale. A później powiada:
– Dzień dobry! Tyle mam znajomych mężczyzn, że i nie poznałam od razu.
To ja do niej mówię:
– Chodź ze mną na chwileczkę. Mam do ciebie ważny interes.
A ona na to:
– Nigdzie ja nie pójdę. Gadaj tu. To są moje najlepsze przyjaciółki i żadnych ja od nich sekretów nie mam.
Więc ja powiadam:
– Jak ty u mnie byłaś, to paczkę z drogocennymi rzeczami zabrałaś. Proszę mi ją oddać.
– Jaka paczka? – powiada. – O żadnej paczce ja nic nie wiem.
Wtedy ja mówię:
– Dobrze wiesz, jaka paczka. A gospodarz widział, jak ty rano z paczką z domu szłaś.
A ona jak wyzwierzy się na mnie:
– Mam ja gdzieś ciebie i twego gospodarza razem! Też kawaler znalazł się! Nawet kolacji ani śniadania zjeść nie dał! Paczka mu zginęła! Idź i szukaj!
– Nastko! – powiedziałem. – Lepiej oddaj wszystko po dobremu, bo będę musiał na ciebie zameldować.
A ona wprost krzyczy:
– Idź i melduj! Ja pierwsza zamelduję, że ty spekulacją zajmujesz się! Też uczciwy znalazł się! Pewnie sam jakiejś kobiecie rzeczy wykradł!
– Rzeczy były moje własne.
– Tak, własne! – krzyczy. – Chyba w babskich koszulach i majtkach chodzisz!... Jeśli własne, to czemużeś je pod łóżkiem chował?!
A jej koleżanki jak zaczną trajkotać, jak zaczną krzyczeć i śmiać się ze mnie, to ja nie wiedziałem, co i robić.
Powiedziałem ja do Nastki spokojnie:
– Nastko, nie będę ja o tamtych rzeczach nikomu meldował, ale to tylko ci powiem, że podle ze mną obeszłaś się. Nie spodziewałem się tego po tobie. Ty przecież nawet tego sabotażystę, którego my w kinie na obrazie widzieli, pożałowałaś. A mnie tak skrzywdziłaś!
– Pożałowałam go – mówi – bo był przystojny chłopak. A ty co?... Nos jak śliwa. Uszy sterczą. Mały... pod pachę innemu schowasz się. Do tego jeszcze podły. Nawet herbatą mnie nie napoiłeś. Darmo moją miłość wykorzystałeś!
Jak zaczną one wszystkie mnie wymyślać i śmiać się ze mnie, to koło nas ludzie się zebrali. Niektórzy śmieją się i sowietkom rację przyznają. Zrozumiałem ja, że nic z tego nie wyjdzie i że przepadły moje rzeczy. Pewnie Nastka od razu je sprzedała, albo powymieniała z koleżankami. Splunąłem ja i poszedłem z rynku. Na pożegnanie powiedziałem:
– Żeby tobie tamte moje rzeczy bokami powyłaziły. Żebyś je odchorowała ciężko!
A ona krzyczy:
– Sukę sobie zaproś, a nie porządną dziewczynę! Też kawaler znalazł się! Ani kieliszka wódki nie dał, ani szklanki herbaty nawet!
„Ja bym cię esencją octową napoił!” – pomyślałem sobie.
Od tego czasu ja do kina więcej nie poszedłem, bo jeszcze taki kłopot mam, że ponownie u mnie wszy się znalazły. Od Nastki napełzły. Mam szczęście, że nie coś gorszego!
12 kwietnia, 1940 roku. Lida.
Zima się skończyła, tak, jak skończyły się burżujskie rządy na Białorusi. Przyszła wiosna, tak, jak my – żołnierze Armii Czerwonej – aby wybawić proletariat od tyranii kapitalistycznej. Wzeszło wyżej słońce, aby zniszczyć chłody – tak, jak nasze rosyjskie SŁOŃCE: ojciec Stalin i ogrzać chłopów i robotników promieniami wolności i dobrobytu.
Rozkwitło wszystko dookoła i zazieleniło się swobodnie – tak jak w Związku Radzieckim.
Przyleciały ptaki i śpiewają sobie głośno i bez przymusu na cześć partii komunistycznej i Centralnego Komitetu, zadowolone, że skończyły się tu rządy krwawych satrapów imperialistycznych. Bardzo przyjemnie to wszystko widzieć i słyszeć.
Przeczytałem ja to, co napisałem o wiośnie, i widzę, że mam ja ogromny talent literacki.
Może jeszcze niezupełnie dorównałem Puszkinowi, ale na pewno lepiej u mnie wychodzi, niźli u burżujskich pisarzy, zmuszonych zawsze kłamać i wysługiwać się kapitalistom. Tak, literatura nie znosi przymusu, więc może kwitnąć tylko tam, gdzie my jesteśmy i gdzie opiekuje się nią OJCIEC STALIN. Bo, na przykład, co jest u tych Polaków?... Nic... Pytałem ja, to mnie powiedzieli o Mickiewiczu, że był to wielki poeta i tak dalej. To ja splunąłem i
spytałem: „Cóż on takiego wielkiego napisał?” A mnie mówią: „Pana Tadeusza”. To ja potem
tak się śmiałem, że mnie aż łzy z oczu poszły. Napisał o panu, więc zaraz: wiel-ki poeta!...
U nas jest Tołstoj. Chociaż był to początkowo hrabia i pasożyt, ale potem się poprawił i nawet sam dla siebie buty robił. I jest dużo innych pisarzy. A za granicą co?...Nic... W takiej Anglii, słyszałem, był Szekspir, to on tylko o królach i ministrach pisał i wysługiwał się kapitalistom amerykańskim, niszcząc świadomość klasową proletariatu. I w Germanii przed Hitlerem nikogo dobrego nie było, tylko Beethoven, który napisał „Fausta” i to, na pewno, ściągnął go u Ilii Erenburga. Tak, jedynie ruski naród może dać coś pięknego i pożytecznego światu.
Zamierzam i ja, gdy będę miał trochę więcej wolnego czasu, napisać jakąś bardzo grubą książkę o naszych osiągnięciach kulturalnych i o wielkości naszego narodu.
Jednak ta wiosna i mnie trochę w głowie zakręciła, bo omal nie zakochałem się w burżujce. Ale w porę opamiętałem się i miłość moją zlikwidowałem. Rozumiecie sami: żarcie dobre, baby zaś nie mam, więc czasem różne takie męskie myśli do głowy przychodzą i człowiek całkiem zgłupieje. Otóż niedaleko koszar było kilka straganów, w których kobiety tutejsze sprzedawały różne jedzenie i herbatę. Zauważyłem ja tam pewną, niczego sobie, babuńkę. Była starsza ode mnie może o lat dziesięć, ale dość tłusta i mordę miała czerwoną.
Tak że mnie, można powiedzieć, nawet i spodobała się. Więc ja do tamtego straganu zacząłem często chodzić i herbatę nawet nadmiernie popijać. I zawsze byłem bardzo honorowy: co zjadłem, albo wypiłem, to bez żadnego krętactwa płaciłem. Więc ona zaczęła nawet mnie szanować i wesoło na mnie patrzyła. Zauważyłem ja, że ona pali, więc ja jej czasem papierosów przyniosłem po tańszej cenie i bardzo przyjemnie z nią rozmawiałem.
Postanowiłem ja, że trzeba będzie zacząć z nią miłość kręcić. A że ona dużo ode mnie starsza, to znaczenia wielkiego nie ma. Bo naszych sowietek – po tamtej szkole, którą mnie Nastka dała – miałem ja dość. Nawet patrzeć na nie było mi wstrętnie. Zawsze myślałem, może każda jest taka sama wydra jak i Nastka.
Otóż chodzę ja do tamtej straganiary i chodzę. Herbatę trąbię i trąbię. Ale myślę sobie tak:
„Jeszcze przyjdzie czas, kiedy ja za darmo będę u ciebie, odpowiednio do mojej wysokiej szarży, wyżerał się”. Zaproponowałem ja jej kiedyś do kina pójść. Ale ona powiedziała, że nie lubi do kina chodzić i że nie chce, żeby ją znajomi z wojskowymi widzieli, bo zaraz zaczną obgadywać. Spytałem o jej rodzinę. Okazało się, że od trzech lat jest wdową i mieszka sama. To rozkosznie – pomyślałem – akurat dla mnie kobieta. Bardzo bogata, bo i stragan ma i własne mieszkanie. Ale zrozumiałem ja, że z tymi głupimi burżujkami nie tak łatwo idzie jak z naszymi babami. Wiadomo, nie uświadomiony element, pełen kapitalistycznych przesądów.
Kilka razy pomogłem ja jej wieczorem ze straganu do domu kosze z jedzeniem i duży, blaszany samowar zanieść. Nie zostawiała tego na noc w straganie, bo nasze chłopaki lubili bardzo podobne prowianty i rzeczy „nacjonalizować”. Gdy jej kosze zanosiłem, to zawsze coś do jedzenia otrzymywałem. Ale na noc zostać nie pozwalała.
– Mam ja – powiedziała – córeczkę siedmioletnią i nie chcę, żeby dziecko dla matki szacunek straciło. Zły to przykład. No i sąsiedzi mogą się dowiedzieć.
Aż pewnego razu, po dłuższej znajomości, zgodziła się ona pójść ze mną w niedzielę na spacer za miasto. Ale przed tym powiedziała:
– Tylko nie liczcie na nic poza spacerem, bo ja jestem kobieta honorowa i uczciwa. Widzę, że młodzi jesteście i że smutno wam samemu, więc porozmawiamy i czas na wolnym powietrzu spędzimy.
– Ale ja na to jej gadanie uwagi nie zwracałem. Ot – myślę sobie – takie są twoje burżujskie wykręty. Ale przyjdzie czas to się skończą.
Wyszykowałem się ja na niedzielę należycie. Perfum dużo na głowę wylałem. Dwa zegarki wziąłem i angielskiego fasonu buty wzułem. Wyglądałem nie gorzej jak jakiś ważny sowiecki marszałek. Tak.
W sobotę kupiłem butelkę wódki, a w niedzielę poszedłem do straganiary. Ona też szykownie się wystroiła. I poznać było trudno w nowym palcie i bucikach. Jak bardzo znaczna kapitalistka wyglądała. Przygotowała ona też paczkę z różnym jedzeniem i poszliśmy na spacer za miasto.
Pogoda była znakomita. Wszystko zielone... Blisko miasta las zauważyłem, więc zaraz z szosy tam skręciłem. Znalazłem wygodne miejsce i rozesłałem płaszcz.
Zaczęliśmy jeść i rozmawiać. Bardzo było wesoło i kulturalnie. Tylko wódki ona pić nie chciała. Ledwie ją na pół szklaneczki namówiłem. Resztę sam wypiłem. Potem zacząłem ja żądać od niej normalnego zadowolenia mnie jako mężczyzny. A ona powiada:
– U nas tak się nie robi. Jestem uczciwa kobieta a nie jakaś ulicznica. Prosiliście mnie na spacer dla towarzystwa, więc zgodziłam się. Ale nic poza tym między nami być nie może.
Chyba u was w Rosji jest inaczej i byle kto z byle kim łajdaczy się. Ale u nas jest inaczej.
Wstała ona, zapięła palto i kapelusz na głowie poprawiła. Potem mówi:
– Bardzo przepraszam, ale czas mi już wracać do domu, bo dziecko zostało samo.
Chciałam spędzić z wami trochę czasu dla przyjemnej rozmowy i towarzystwa. Ale jeśli wyszło inaczej, to bardzo żałuję. Proszę nie gniewać się na mnie. Ja te sprawy traktuję poważnie i muszę szanować się.
Zezłościło to mnie bardzo. Porwałem się ja na nogi i do niej powiedziałem:
– Jesteś głupia, burżujska świnia! Otumanili was kapitaliści i księża swoją faszystowską propagandą i zrobili z was dzikusów. Dopiero my przynieśli wam wolność i pojęcie o świecie. My pokazali wam prawdziwą kulturę. My wam dali swobodę. Ale ty, idiotko, tego nie rozumiesz, bo jesteś zatruta jadem imperialistycznych zabobonów!
A ona dostała wypieków i mówi do mnie:
– Chcecie wiedzieć prawdę, coście nam przynieśli z Rosji? Chcecie to wiedzieć?
– Tak – powiedziałem. – Proszę mówić. U nas każdy ma wolność słowa.
– Więc – powiada... Ale gdzież tam „powiada”, omal nie krzyczy: – Przynieśliście nam głód, brud, wszy, choroby weneryczne i terror. Bo więcej u was nic nie ma!
– I terror też wam przynieśliśmy?! – spytałem, czując że w oczach robi mi się ciemno ze złości.
– Tak – powiedziała. – Ludzie ulicami chodzić boją się. Kobieta wieczorem z domu wyjść nie może. Ciągłe rabunki, morderstwa i kradzieże. Nikt nie jest pewien nocy ani dnia! Jak to wszystko się nazywa?
Popatrzyłem ja na jej burżujską mordę, na kapelusz z piórkiem. Potem cofnąłem się i chciałem kopnąć gadzinę w ten tłusty kapitalistyczny brzuch. Ale przypomniałem sobie, że jestem oficerem i że mam na sobie mundur Armii Czerwonej. Więc pomyślałem sobie, niech zna mój honor! I tylko zajechałem ją pięścią w zęby. A ona, jak worek mąki, chlap na ziemię.
Nasza by, sowiecka baba, nawet i nie mrugnęła. A ta... od razu widać: burżujskie paskudztwo
– żadnej w niej wytrzymałości nie ma! Splunąłem ja na nią z absolutną pogardą i nie oglądając się nawet, dumnie odszedłem.
Od tego czasu ja do straganu więcej nie chodziłem. I w ogóle na żadną burżujkę uwagi nie zwracałem. Jednak nasze sowietki są nieskończenie lepsze i kulturalniejsze! Tak.
Pomógł: 3 razy Wiek: 41 Dołączył: 12 Lis 2007 Posty: 328 Skąd: Polska
Wysłany: 03-07-2009, 12:45
Szkoda,że nie umieściłeś końcówki,jak ten ruski ,odmóżdżony pojeb potraktował swoją gospodynię po wkroczeniu w 1944r.Sowietów na Wileńszczyznę.
[ Dodano: 03-07-2009, 13:18 ]
Szkoda,że nie umieściłeś kawałka,jak to zezwierzęcone,czerwone,prymitywne,kołchozowe ścierwo potraktowało gospodynię (która go ukrywała przez 3 lata hitlerowskiej okupacji,nauczyła mówić po polsku,ochrzciła,bez jej pomocy to zwierzę by nie przeżyło)po wkroczeniu"wyzwolicieli"do Wilna w 1944r.Ogólnie przeciętny Rosjanin to szczery,dobry i gościnny człowiek,ale każde zindoktrynowane bydlę(nie ważne,czy czerwone,czy czarne ,czy innego koloru)zawsze będzie ścierwem i to ścierwo wyłazi z niego w sprzyjającej okazji.
Pomógł: 9 razy Dołączył: 05 Gru 2005 Posty: 755 Skąd: Warszawa
Wysłany: 03-07-2009, 18:58
Frapujące, że do określania ludzi, których - nazwijmy to umownie - nie lubisz, używasz dokładnie takiego samego języka, jak Michaił Zubow.
Zresztą, co jest cechą najbardziej zaciekłych polskich antykomunistów - najchętniej zwalczaliby oni wroga czekistowskimi metodami...
_________________ It scares the shit out of the slopes.
Pomógł: 3 razy Wiek: 41 Dołączył: 12 Lis 2007 Posty: 328 Skąd: Polska
Wysłany: 12-07-2009, 20:08
Nie jestem ani komunistą ani antykomunistą.Jestem antytotalitarystą i wrogiem wszelkiej indoktrynacji i fanatyzmu.A używam takiego języka,bo moim zdaniem takie prymitywy,jak wyżej opisany nie zasługują na miano "człowieka".
Pomógł: 3 razy Wiek: 41 Dołączył: 12 Lis 2007 Posty: 328 Skąd: Polska
Wysłany: 19-07-2009, 19:13
Wg mnie szmata nie zasługuje na kulturalne określenia.Ale może skończmy i poproszę może o dalsze fragmenty dziejów kołchozowego pastucha Zubowa-bojownika o sprawiedliwość społeczną i wyzwoliciela głodujących Polaków.
Jutro powrzucam resztę, z tym, że co jakiś czas posta mi tu postawić bo forum ma ograniczenie co, do doługości posta. Dzisiaj modlę się o auxiliuma ab altum na jutro, więc nie mam czasu
Wczoraj miałem ja służbę przez całą dobę. A dzisiaj wyspałem się należycie i zapisuję to wszystko, aby nie zapomnieć. Postanowiłem prowadzić te „Zapiski” według planu. A plan mój jest taki: zbierze się trochę interesujących rzeczy, to je zanotuję i już. Może to stanowić bardzo ważny materiał historyczny, a tak samo filozoficzny. Mam nawet zamiar przerobić to w przyszłości na bardzo wielką powieść. Taką, na przykład, jak „Wojna i pokój” Tołstoja.
Czytałem ja ją trochę. Ale bardzo nudna i marnie napisana. W ogóle, uważam, że nic nie jest warta. Bo i po francusku dużo w niej gadają, i są tam różne kapitalistyczne pasożyty. Co w tym może być dla nas ciekawego? Sama ciemnota, głupota i zabobony. Nawet modlą się tam i o Bogu często wspominają. Poza tym różnych głupich hrabiów i książąt wysławia. Ja zaś napiszę o naszej niezwyciężonej Armii Czerwonej, o jej zwycięstwach, o moich bohaterskich
czynach i o naszym wielkim wodzu STALINIE. To dopiero będzie wspaniała powieść!
Służbę objąłem ja wczoraj w dzień i rozstawiłem warty, aby ochronić koszary i socjalistyczny majątek przed zamachami kapitalistycznych agentów. Wartownia jest tuż przy koszarach i ja, jako dowódca warty, miałem przy niej osobny pokoik. Czas leciał. W nocy ja wiele razy warty sprawdzałem i czujnie stałem na straży armii. Dopiero o godzinie trzeciej nad ranem posłyszałem ja wystrzał. Potem drugi. Wziąłem ja dwóch bojców z wartowni i pobiegłem dowiedzieć się, co się stało?... Strzelał posterunkowy numer czwarty, przy składzie prowiantowym w pobliżu koszar. Przybiegliśmy tam, a wartownik wali z karabina do góry.
Potem pytam ja wartownika:
– O co chodzi?
– Sabotażysta jakiś, albo złodziej, wlazł na lipę i innym daje stamtąd sygnały!
Rzeczywiście obok magazynu prowiantowego duża lipa stała i nawet jakby poruszenie jakieś w gałęziach u góry drzewa było słychać.
– Zejdź, reakcjonisto! – krzyknąłem ja groźnie. – Zejdź natychmiast, bo zestrzelimy!
Nikt z lipy nie odpowiedział. Więc ja latarką świecić zacząłem. Ale wysoko. Nic dostrzec nie można, bo światło w gałęziach gubiło się. Ja znów krzyknąłem:
– Zejdź, faszysto, po dobremu, bo koniec ci będzie na tej lipie!
A tam cicho. Wtedy kazałem ja dać ognia po lipie. Więc bojcy zaczęli po niej z karabinów pruć a ja z pistoletu. Tylko gałęzie i liście w dół leciały, ale nikt nie spadł.
Potem wydałem ja rozkaz bojcom leźć na lipę i tamtego drania za nogi w dół ściągnąć.
Bali się bardzo, ale poleźli. Rozkaz musieli wykonać. Łazili oni po tamtej lipie chyba z godzinę czasu. Krzyczeli, gałęzie trzęśli. I nic...
Tymczasem rozwidniło się. Całą lipę widać, ale nikogo na niej nie ma. Powiadam ja do wartownika:
– Coś tobie w głowie się pokręciło! Widzisz, że nikogo na lipie nie ma.
– Ale był – powiada. – Był i innym sygnały dawał.
– Jakie sygnały?
– Świstał po cichu. Ale ja wyraźnie słyszałem... O, proszę posłuchać... Znów świszcze!
Stoję ja przy nim i uważam. Z początku nic nie słyszałem. A potem rzeczywiście świsty rozległy się. Patrzę ja na wartownika i dostrzegłem, że to u niego w nosie świszcze, a nie na lipie. Rzeczywiście, tak ono i było. Zrugałem ja wartownika odpowiednio i poszedłem.
Napisałem szczegółowy raport o powodzie urządzenia fałszywego alarmu i w południe służbę zdałem.
Pierwszy maja obchodziliśmy bardzo uroczyście. Całe miasto było udekorowane czerwonymi flagami i wszędzie wisiały portrety naszego wielkiego WODZA Stalina. Były też portrety Lenina a nawet Marksa, ale rzecz jasna, mniejsze i mniej ich było. Bo cóż oni znaczą wobec NIEGO! Owszem, oni też są wielcy i zasłużeni wobec proletariatu i ludzkości. Ale nie ma takiej wielkości na świecie, która by nawet w przybliżeniu stanowiła coś w stosunku do NIEGO!
W dzień była defilada wojskowa i pochody związków robotniczych, urzędów, oraz szkół. I zauważyłem, że ludność miejscowa coraz więcej kocha naszą wielką Rosję i Stalina. Tyle nieśli różnych sztandarów i transparentów z proletariackimi hasłami. Na przykład: CHWAŁA WIELKIEMU STALINOWI! – IMIĘ STALIN – GWARANCJĄ POKOJU, WOLNOŚCI I DOBROBYTU! Tak, i burżuazja zaczyna po trochu uświadamiać sobie potrzebę wprowadzenia socjalizmu stalinowskiego. Inaczej nie może być!
Wieczorem poszedłem ja na mityng do klubu kolejowego. Tam można było wejść tylko członkom klubu, kolejarzom, oficerom i niektórym zaproszonym gościom. Po drodze do mnie Lipa zbliżył się. Zobaczyłem ja: pijany zupełnie. Ale trzymał się na nogach dobrze. Nie każdy by dostrzegł nawet, że jest pijany.
– Winszuję z naszym proletariackim świętem! – krzyczy do mnie.
A ja mu odpowiadam:
–Długo musieliście czekać, żeby wam pozwolono to święto obchodzić.
– Dlaczego? – spytał.
– No jakże – powiedziałem. – Dopóki nas tu nie było, to kapitaliści na pewno nie pozwalali wam w tym dniu świętować. Chyba jeszcze większe normy pracy nakładali.
– Ot, ty i mylisz się – powiedział. – I bez was my to robotnicze święto obchodzili. I to jeszcze jak!... Teraz to i popatrzyć nie ma na co.
Dziwnie było mi to słyszeć, ale niech tam gada. Chyba pamięć zawiodła go po wódce. Bo wychlał on dzisiaj chyba z wiadro gorzały.
Lipa spytał mnie:
– Dokąd idziesz?
– Na mityng – powiedziałem. Będą różne ciekawe rzeczy gadać. Jeden mówca, specjalnie na ten dzień, nawet z Moskwy przyjechał do Lidy.
– To i ja z tobą – rzekł Lipa. – Jestem ciekaw, jak u was takie mityngi urządzają.
Nie bardzo mi się chciało z nim iść, ale nie wypadało odmówić. Więc poszliśmy razem.
Ludzi zebrało się dużo. Pełna sala. I tu nasi proletariaccy wodzowie na portretach wiszą i różne takie robotnicze hasła widać. Słowem: bardzo pięknie i uroczyście. Zaczęli różni mówcy na estradę wychodzić i pięknie o naszym wielkim Związku Radzieckim i o jego wodzu, Stalinie, mówić. Orkiestra też była i często „Internacjonał” grała.
Jeden mówca bardzo długo i składnie omawiał obecną sytuację na świecie. Wyjaśnił należycie podłą, zaborczą politykę krwawych angielskich imperialistów... tych podżegaczy wojennych i eksploatatorów setek milionów ludności w koloniach. Udowodnił, że Anglicy są i od wieków byli pasożytami świata. Powiedział, że na wyspie swojej nawet zboża nie chcą siać, lecz sprowadzają z kolonii, bo nie chcą pracować uczciwie. A całe ich zajęcie, to znęcanie się nad robotnikami, polowanie na lisy, picie w barach i urządzanie giełd pieniężnych. Poza tym wywołują nieustannie wojny, żeby i na tym zarobić. Zakończył on swoją mowę tak: „Są w angielskim hymnie narodowym słowa, że nigdy Anglik nie będzie niewolnikiem; że zawsze będzie panował nad innymi narodami i że wszyscy będą mu służyć i bać się.
Ale to się skończy wkrótce. Jest rzeczą wielkiego rosyjskiego narodu powetować ludzkości tę krzywdę, którą jej przez stulecia wyrządziła Anglia. Za to musi ją spotkać ciężka i słuszna kara. Bo wrzód ten musi być wypalony na zawsze i bez śladu z ciała ludzkości, aby go nie wyniszczał i nie zatruwał!”
Mowa ta nam wszystkim najwięcej się spodobała i długo krzyczeliśmy: brawo! i oklaskiwali mówcę.
Niedługo przed zakończeniem mityngu wyszedł na estradę politruk, i opowiadał nam bardzo wzruszająco o prawach i obowiązkach obywateli sowieckich. Długo porównywał je z prawami innych obywateli państw kapitalistycznych. I zrozumieliśmy, że tam są nie prawa, lecz całkowite bezprawie, terror i wyzysk. Tylko my, szczęśliwi obywatele Związku radzieckiego, cieszymy się swobodą, o jakiej nawet pojęcia nie mają obywatele państw burżuazyjnych.
W pewnej chwili politruk zwrócił się do sali i spytał:
– Kto mi powie, jaki jest obowiązek dobrego żołnierza Armii Czerwonej?
Z sali ktoś powiedział głośno:
– Bić wrogów Rosji Sowieckiej w każdym czasie i w każdym miejscu!
– Słusznie! – potwierdził jego słowa politruk.
Rozległy się oklaski i brawa.
– A kto mi powie, jaki jest obowiązek dobrego komunisty lub komsomolca?
– Być wiernym towarzyszowi Stalinowi oraz partii i posłusznie wykonywać ich rozkazy! –
krzyknął z głębi sali jakiś cywil.
– Słusznie! – potwierdził politruk.
Znów rozległy się oklaski i brawa.
– A kto mi powie – rzekł dalej politruk – jaki jest główny obowiązek prawdziwej sowieckiej kobiety?
Na sali milczeli, bo niełatwo zgadnąć albo zrozumieć. Przecież obowiązków tych jest niemało. A tu trzeba krótko odpowiedzieć w taki sposób, żeby do więzienia albo do łagru nie trafić. Ale po dłuższym milczeniu całej sali politruk powiedział sam:
– Najważniejszym obowiązkiem prawdziwej sowieckiej kobiety jest: wychować swe dzieci na wiernych synów Josifa Wissarionowicza Stalina.
Cała sala rozbrzmiewała od oklasków, które trwały bardzo długo. Potem mówca spytał:
– A jaki jest obowiązek prawdziwego mężczyzny?
I tym razem wszyscy milczeli. Rzecz jasna, każdy człowiek chce żyć i to żyć na wolności, nie zaś w łagrze. Nagle odezwał się Lipa, który stał obok mnie:
– Dobrze zapinać rozporek.
Ja struchlałem. Na sali milczenie. A Lipa czka i pyta jakiegoś lejtnanta:
– Dobrze mu powiedziałem?... Co?...
Na szczęście nie wszyscy go słyszeli i nie wszyscy zrozumieli, co powiedział. Bo to można by i za kpiny kontrrewolucyjne uznać. Jakiś kapitan NKWD nawet już nim się zainteresował i spytał mnie:
– Kto to taki?
– Pijany robotnik kolejowy – powiedziałem. Ucieszył się ze święta i wolności, więc upił się i coś tam mamrocze.
Zacząłem ja od Lipy odsuwać się, żeby nie zapodejrzano mnie, że go znam. Czy można wiedzieć, kto jego słowa słyszał i jak je zrozumiał? Na szczęście mówca znów zabrał głos i sprawę sam wyjaśnił:
– Prawdziwy sowiecki mężczyzna musi być zawsze gotów (w tym miejscu Lipa pewnie coś bardzo paskudnego powiedział, bo wszyscy zaczęli od niego odsuwać się) oddać swe życie i pracę dla dobra Związku Radzieckiego!
Cała sala długo oklaskiwała politruka. Ja też waliłem w dłonie z całych sił. A jednocześnie boczkiem, boczkiem, ku wyjściu kierowałem się, aby jak najprędzej znaleźć się dalej od Lipy.
Bardzo ja żałuję, że u Lipy mieszkam. Zdawałoby się, że powinien być porządnym człowiekiem i uczciwym robotnikiem. Ale, jak widać, jest on zupełnie głupi. Jestem pewien, że niedługo on się tu uchowa i że wyślą go na przeszkolenie tam, gdzie dla podobnych elementów miejsca są przygotowane.
Jednak tym razem Lipa nie wpadł. Chociaż późno było, ale wrócił do domu. Idąc, jakąś polską piosenkę śpiewał. Ja czym prędzej światło zgasiłem i udałem, że śpię. Bałem się, że może do mnie zajść. Bardzo to niebezpieczny człowiek!
W sierpniu, 1940 roku. Vilnius.
Hura! hura! hura! Jestem znów w Vilniusie.
Poprzednio nie miałem wcale czasu na pisanie. Ale teraz opowiem pokrótce, co zaszło ważnego od początku maja tego roku.
Potężnym ciosem naszej żelaznej, czerwonej pięści rozgromiliśmy litewskich, faszystowskich ministrów i kapitalistów. A sam ich prezydent gdzieś uciekł. Ale od tego są nasze orły z NKWD, żeby go odnaleźć i na zawsze unieszkodliwić. Co prawda walk wielkich nie było. I – zdaje mi się – w ogóle bez tego się obeszło, bo wystarczyło ultimatum, postawione przez nasz rząd krwiożerczym pachołkom anglo-amerykańskiego kapitalizmu i całe państwo rozsypało się, jak stara beczka z której spadły obręcze.
Tak, wielka i potężna jest nasza matka Rosja i nikt nigdy nie będzie mógł jej sprzeciwić się!... W taki to sposób, po trochu, wykończymy wszystkich burżujów i kapitały ich sobie pozabieramy. Pięknie!
Ja, na przykład, dlaczego nie mógłbym być znacznym kapitalistą? Czego mi brakuje?
Tylko dużo pieniędzy. A jak pieniądze capnę, to też potrafię co dzień jeść kiełbasę w większych ilościach, kupić jeszcze ze trzy zegarki i butów z cholewami kilka par. No i rower, a także patefon. I – naturalnie – zawsze bym mieszkał w osobnym pokoju, żeby mnie ktoś czegoś nie skradł. Tak, pięknie to wszystko układa i się zapowiada na przyszłość. I jeśli tak dalej pójdzie, to może i ja w sposób socjalistyczny do wielkich kapitałów się dochrapię.
A z tymi Litwinami, to dla mnie wielka niespodzianka wyszła. Ciągle czytałem w gazetach i słuchałem przez radio o naszej wielkiej, niezłomnej, wieczystej sowiecko-litewskiej przyjaźni. Tymczasem okazało się, że oni reakcyjną robotę prowadzili i zagranicznym kapitalistom wysługiwali się. Do tego stopnia nawet, hieny, rozzuchwalili się, że pochwycili
naszego szeregowca i w podziemiu go męczyli, żeby im wszystkie tajemnice Głównego Dowództwa i Politbiura ujawnił. Ale tamten wszystko przetrzymał i niczego nie zdradził.
Potrafił nawet zmylić ich czujność i uciec. Teraz, za tę zbrodnię, wszyscy Litwini będą ciężko odpowiadać i – naturalnie – wykazali, że nie są godni mieć własnego państwa i muszą być włączeni do Związku Radzieckiego... Zresztą nie jest to nawet kara, lecz największy zaszczyt.
Nawet sami Litwini błagali o to. Tak, dobroć naszego OJCA Stalina nie ma granic. Inny by się zgniewał na cały naród litewski i na zawsze zerwał z nimi stosunki. A ON nawet raczył przyjąć ich do rodziny szczęśliwych sowieckich narodów.
Mieszkam ja znów u nauczycielek. Chociaż są to zatwardziałe burżujki, lecz wolę żyć u nich niźli gdzie indziej, bo jestem pewien, że nie okradną. A teraz, gdy mam własną walizkę i dużo drogocennych rzeczy, muszę być bardzo ostrożny. Po tamtej nauczce, którą mi Nastka dała, do nikogo teraz nie mam zaufania.
Nauczycielki, jak widać, nie bardzo się ucieszyły, że wróciłem. Ale nic mnie o tym nie powiedziały. Zresztą rozmawiam ja tylko z Marią Iwanowną i to wówczas tylko, gdy jest duża potrzeba. Przede wszystkim kazałem ja wyrzucić z mego pokoju obraz tamtej damy z koroną, bo znów go na dawnym miejscu powiesiły. Zamiast niego ja portret OJCA naszego umieściłem. Zapaliłem przed nim lampę i zacząłem bardzo głośno „Internacjonał” śpiewać.
Niech słyszą, faszystowskie gadziny, i drżą ze strachu!
Za kilka dni udało mi się znaleźć w ilustrowanym tygodniku portret Hitlera, zamieszczony na całej stronie. Bardzo ja tym ucieszyłem się i chociaż tygodnik nie mój, wydarłem z niego tamtą stronę. Potem, w domu, na tekturę nakleiłem i dużymi literami taki oto napis u dołu zrobiłem: „ADOLF HITLER – NAJWIĘKSZY PRZYJACIEL WODZA ROSJI, I.W.STALINA”. Powiesiłem ja portret Hitlera naprzeciw portretu Stalina. Niech sobie tak wiszą, kochani wodzowie, i cieszą się sobą... Stalin patrzy na Hitlera i, zdaje mi się, mówi:
„Jak tam, kochany towarzyszu, bijemy burżuazję?”
„Jeszcze jak, przyjacielu najdroższy – powiada Hitler. – Jak tylko Żydów i Polaków wykończę, to zaraz do Anglików się zabiorę!”
„Wal ich, wal, Adolfku! – powiada Stalin. – Jak sam nie podołasz, to ja ci pomogę!”
Bardzo to ładnie wyszło: „krugom” socjalistycznie.
A wczoraj otrzymałem list od brata. Pisze:
3 czerwca, 1940 roku. Miasto Moskwa.
„Drogi brat Miszka!
Przede wszystkim powiadamiam ja ciebie, że zostałem przeniesiony na stałe do Moskwy, gdzie będę pracował w fabryce mebli. Cały poprzedni zarząd fabryki został wyrzucony i posłany tam, gdzie podobnemu zarządowi należy się być. Okazało się, że wielki sabotaż uprawiali i niszczyli produkcję oraz maszyny. Sami przyznali się w sądzie na rozprawie, że za taką zdradziecką robotę brali pieniądze od luksemburskich imperialistów.
Ja tu jestem kierownikiem magazynu materiałowego. Udało mi się nawet otrzymać, dla siebie tylko, pokój. Mały, bez pieca i ciemny, ale całkowicie niezależny. Może ty w to nie uwierzysz i pomyślisz sobie, że przechwalam się tylko, lecz jest to prawda całkowita. A udało mi się to w ten sposób, że nowy kierownik fabryki oraz Wydział Planowania, wydali mi zaświadczenie, że zabieram pilną robotę do domu i tam również pracuję. Jednak zamierzam ja teraz jak najprędzej się ożenić. Wówczas będzie większa pewność, że do mego pokoju nikogo więcej nie dadzą.
Za fotografię twoją bardzo ci dziękuję. Ale że zegarki, które widać, że masz na ręku, są prawdziwe i dobre, to, po bratersku ci piszę, uważam za bujdę. Jestem za stary i za mądry na to, żeby w cuda uwierzyć.
Wczoraj zarządzający naszej Spółdzielni sprzedał mi na przydział pół funta masła. A ponieważ wiadomo mi jest, że w tej nędznej Litwie i Polsce zawsze był wielki głód, to zebrałem ja dla ciebie paczuszkę prowiantową i posyłam. Poratuje to ciebie od wycieńczenia... Masło to jest ze specjalnej fabryki, którą niedawno zbudowano w pobliżu Moskwy i nazwano imieniem słynnej zagranicznej rewolucjonistki Karvucie. Bardzo mi się chciało spróbować: jak masło smakuje, bo pierwszy raz w życiu je zobaczyłem. Ale wolę ciebie od głodu poratować. Poza tym chcę, żebyś i ty zobaczył i przekonał się, jakie są teraz nasze sowieckie osiągnięcia.
Przesyłam ci ukłony i braterskie pozdrowienie
Wasia”.
Troczę mi przykro zrobiło się, że brat mi masło posyła, bo przecież mam tego ile chcę po dwa lity za kilo. Ale znowuż przyjemnie, że i my teraz mamy sowiecką fabrykę masła. Jak otrzymam paczkę, to koniecznie zawołam Marię Iwanownę i pokażę. Niech nosa nie zadziera.
One myślą, że u nas, w Sowietach, to już nic dobrego nie ma.
Z mieszkania mojego jestem bardzo zadowolony. Przede wszystkim to dobrze, że nie ma tu Lipy. Bardzo ja się go bałem. Zupełnie nienormalny człowiek. Zawsze mówi, dureń, to, co myśli. I w ten sposób może nie tylko sam zginąć, ale i innych zgubić. A te nauczycielki, to przy mnie nawet pysków otworzyć nie ośmielają się. Dobrze je wyćwiczyłem. Jedynie Maria Iwanowna trochę śmielsza ze mną. Takie reakcyjne draństwo trzeba twardo trzymać w garści!
A wczoraj w nocy ja wielki wynalazek zrobiłem. Długo nie spałem, bo zdawało mi się, że ktoś tam na schodach się rusza. Teraz, gdy jestem zamożnym człowiekiem, wyposażonym w walizkę i zapasowe buty z chromowej skóry, muszę nieustannie i bardzo uważnie wszystkich dookoła obserwować, żeby mnie mojej własności nie skradli. Więc leżę ja cicho i nasłuchuję.
Może złodziej zakradł się i będzie próbował drzwi otworzyć?... Pistolet odbezpieczyłem i w pogotowiu trzymam. Ale nic... ucichło wszystko. Jednak usnąć ja długo jeszcze nie mogłem, bo bardzo mię skóra swędziała. Przecież w łaźni ja ze trzy miesiące nie byłem.
Otóż zacząłem ja o wannie nauczycielek myśleć i nagle przyszła mi do głowy genialna myśl. Przecież ja niekoniecznie muszę myć się w gorącej wodzie lub całkiem zimnej. Można nalać do wanny jednocześnie gorącej wody i zimnej, i tak ją wymieszać, żeby była dobra do mycia się... Usnąłem ja jakoś. A rano nawet nie ubierałem się, bo i tak trzeba będzie do kąpieli się rozebrać, tylko wprost do Marii Iwanowny walę i powiadam:
– Proszę mi natychmiast gorącą wodę przygotować, bo takie jest moje życzenie, żeby całemu się wymyć. No, żywo, bo ja potrafię was przyspieszyć!
Naturalnie dodałem jeszcze parę mocniejszych słów, do słuchu im, żeby mnie lepiej zrozumiały i niedługo z robotą się koszkały.
Słyszę ja, nauczycielki po schodach biegają, drzewo ze składzika na górę noszą, piłują je, rąbią... Dobrze ja te babska wytresowałem. Umiem z burżuazją obchodzić się.
Za pół godziny Maria Iwanowna do moich drzwi zapukała.
– Kąpiel gotowa!
– Dobrze – powiedziałem.
Chciałem nawet podziękować, ale pomyślałem sobie, że za dużo będzie dla nich honoru.
To ona musi cieszyć się i dziękować, że ma zaszczyt czerwonemu oficerowi usłużyć.
No, nic. Poszedłem ja do kąpielowego pokoju. Napuściłem pół wanny gorącej wody i zacząłem zimnej dolewać. Wreszcie tak wymiarkowałem, że woda była ciepła i przyjemna. Tylko gorzej, że wanna była pełna. Ale ja tak się ucieszyłem, że na taki drobiazg i uwagi nie zwracałem. Przysunąłem taboret do wanny, stanąłem na nim, krzyknąłem „hura!” i skoczyłem. Połowa wody z wanny aż pod sufit wyleciała, ale jeszcze dość zostało, żeby wymyć się.
Otóż wyszorowałem się ja pierwszorzędnie. Dwa razy nawet namydliłem się i spłukałem.
Bardzo było przyjemnie.
Wylazłem ja z wanny i zamierzałem brudną wodę spuścić, ale była aż czarna i wprost gęsta, więc nie chciałem do niej czystej ręki wsadzać. Ale to było najgorsze, że ręcznika ze sobą z pokoju nie wziąłem, żeby po kąpieli wytrzeć się. Można by obeschnąć, ale długo czekać. Więc ja mokry do swego pokoju poszedłem, a brudną bieliznę w ręku niosłem.
Nauczycielki i Andzia były w kuchni i herbatę piły. Jak zobaczyły mnie gołego i mokrego, to oczy pospuszczały. Po prostu śmiech i głupota. Żadnej cywilizacji w sobie nie posiadają.
Więc ja powiedziałem do Marii Iwanowny:
– Dobra była kąpiel... Teraz zamierzam nawet co jakiś czas kąpać się. My higienę uwielbiamy bardzo!
W sierpniu, 1940 roku. Vilnius.
Wczoraj mi wielkie nieszczęście przydarzyło się. Bardzo ja zmartwiłem się i zdenerwowałem. Szedłem ja ze służby do domu i na tych przeklętych, kapitalistycznych schodach zaczepiłem się i podeszw u buta prawie do połowy oddarłem. Brzegi stopni są obite żelaznymi listwami, żeby deski nie niszczyły się. Otóż, niektóre listwy są bardzo cienkie i z gwoździ obsunęły się, tak że między nimi a deskami szpary są. W ten właśnie sposób ja swoje najlepsze buty popsułem.
Poszedłem ja do dozorcy domu i pokazuję mu but.
– Widzisz? – spytałem.
– No, widzę – powiedział. – Ślepy nie jestem. A o co ci chodzi?
– O to chodzi, że tobie należy się mordę zbić, bo schodów nie utrzymujesz w należytym porządku! Przez to ja sobie buty zniszczyłem.
A on patrzył na mnie, patrzył, jakby poznać nie mógł. Potem wstał, podszedł do mnie zupełnie blisko, jedno oko przymrużył i powiedział:
– Ty z mordą nie wyjeżdżaj, a pilnuj swojej, bo zaraz ja tobie wierzchem wyjadę. Ty nie myśl, że jeśli jesteś oficerem, to ci wolno na robotnika wrzeszczeć! A schody ja zreperuję wówczas, gdy na to pieniądze dadzą. Teraz możesz i tak chodzić. Nie wielka jesteś figura!
Może tobie jeszcze dywany położyć, albo nosić ciebie po schodach!
Zobaczyłem ja, że to poważny człowiek i że rzeczywiście nic on temu nie winien. Więc powiedziałem:
– Nie ma co gniewać się. Wcale ja ciebie bić nie zamierzałem. Tylko mnie chodzi o to, że nie wiem, co teraz z butami robić.
– Co masz robić z butami? – spytał. – Nie jesteś przecież dzieckiem i musisz sam rozumieć. Zanieś do szewca i już. Wielka rzecz!
Bardzo mi ten dozorca spodobał się teraz. Od razu widać, że proletariusz, nie zaś, jak myślałem z początku, burżuj. Tak. Nawet powiedział do mnie, że w dziedzińcu, w mniejszym domu, szewcy mieszkają, lecz do domu dopiero wieczorem przychodzą, bo w dzień pracują w warsztacie.
Gdy ściemniło się poszedłem ja czarnymi schodami na dziedziniec. Tam mały domek zobaczyłem. W oknach już światło było. Więc ja wszedłem i grzecznie pozdrowiłem:
– Dobry wieczór, chłopcy!
– Nie chłopcy, lecz panowie! – powiedział jeden.
A drugi dodał:
– Chłopcy za psami po ulicy biegają. My zaś samodzielni czeladnicy jesteśmy i ludzie dorośli.
A trzeci powiedział:
– Nic, głupstwo. On trochę ślepy, bo czerwone okulary ma na oczach.
Żadnych ja okularów nie miałem, ale zrozumiałem, że ci szewcy, to tacy sobie weseli ludzie. Oni wówczas właśnie kolację jedli.
– Ja w sprawie butów – powiadam. – Dozorca nasz mnie tu przysłał. Powiedział, że znakomici majstrowie jesteście.
– No to siadaj i zaczekaj! – powiedział starszy z nich. – My kolację skończymy i zobaczymy twoje buty. A jak nie chcesz czekać, to możesz sobie iść. My po tobie płakać nie będziemy.
– Ja zaczekam – powiedziałem.
Usiadłem ja i patrzę. A oni żrą i piją. Ale jak żrą i jak piją!... Żebym nie widział ich czarnych od roboty rąk, to bym pomyślał, że najwięksi kapitaliści za szewców się poprzebierali i ucztę urządzili. Na stole mięso, kiełbasa, przekąski, wódka, trzy flaszki piwa...
No, nic: doczekałem się ja, że skończyli jeść i pić. Jeden z nich harmonię z futerału wyjął i zaczął grać. Ale tak ładnie, jak w naszym sowieckim radio. A drugi, starszy, powiada do mnie:
– Pokaż no buty!
Ja je miałem starannie w papier zawinięte, a pod papierem jeszcze w ręcznik.
– Buty te są najwyższej klasy i dlatego – powiedziałem – bardzo je szanuję.
Szewc wziął buty do rak, obejrzał je i zaczął śmiać się. Potem podał je drugiemu.
– Popatrz – powiedział – na te buty „najwyższej klasy”!
Tamten popatrzył na nie. Pomacał i też w śmiech.
– U nas i chłop takich butów by nie wzuł. A dla niego to „najwyższa klasa”. Przecież – zwrócił się do mnie – to jest najpaskudniejszy bukat. A w spodach więcej tektury jak skóry.
Już fason straciły.
A trzeci powiedział:
– Dla takiego czubaryka, to i te są za dobre. On powinien lipowe buty nosić.
Tak do cholery nie mają ci polscy proletariusze poszanowania dla mojej oficerskiej szarży!
Lipa mnie za nic miał. Dozorca nawet do mordy dobierał się. A ci kpią ze mnie w żywe oczy... Nie umieli burżuje odpowiednio roboczego narodu wychować. Teraz niełatwą będziemy mieli pracę, dopóki nie wyuczymy tych smoluchów lepszych ludzi należycie czcić i szanować.
– Więc co ty chcesz z tymi butami zrobić? – spytał mnie starszy szewc.
– Właśnie chciałem prosić, żebyście podeszwę na miejscu przybili.
– To można – powiedział. – Ale z tych butów pociechy mieć nie będziesz. Jeszcze po suchym pochodzisz. A jak mokro zrobi się, to i im koniec przyjdzie.
– A na kiedy zreperujecie?
– Jutro o tej porze przyjdź, będą gotowe.
Pożegnałem ja ich nadzwyczaj grzecznie i poszedłem. Ale bardzo byłem zmartwiony, że buty marne okazały się. Oszukano mnie na rynku. Zresztą i cena ich tania była.
Myślałem ja, myślałem, co robić?... Wreszcie postanowiłem zapytać szewców aby powiedzieli, wiele by nowe, z dobrego towaru, buty kosztowały?
Nazajutrz doczekałem się wieczora. Zauważyłem, że w oknach domku, w którym szewcy mieszkają, światło zapaliło się. To ja jeszcze z godzinę odczekałem, żeby nie przeszkadzać im. Wiedziałem, że kolację jedzą. Potem paczkę dobrych papierosów wziąłem i poszedłem do nich. Poczęstuję, to może w lepszym będą humorze.
Posłyszałem ja, że harmonia gra. Zrozumiałem z tego, że już po kolacji, więc wstąpiłem do nich.
– Dobry wieczór, panowie! – powiedziałem.
– Dobry wieczór! Siadaj! – rzekł starszy szewc.
Poszedł w kąt i spod stolika moje buty wyciągnął. Żadnego dla nich poszanowania nie okazał, bo nawet w papier nie zawinął. Podał mi je. Obejrzałem ja dokładnie robotę. Nawet znaku nie znalazłem, że podeszwa była oderwana. Widać od razu, że są dobrzy fachowcy.
– Bardzo pięknie mi to zrobiliście – powiadam. – Dobrymi jesteście fachowcami.
A on mówi:
– Wcale my tego nie robili. Nam szkoda czasu na takie paskudztwo marnować. Chłopak warsztatowy, uczeń to załatwił. Lita za robotę dla niego dawaj!
Zapłaciłem ja, a potem wszystkich papierosami poczęstowałem. Dopiero wówczas spytałem:
– Powiedzcie mi, panowie, czy moglibyście mnie porządne buty wyszykować?
– Czemu nie – powiedział starszy szewc. – Można. Przecież od tego jesteśmy tak jak, na przykład, zęby do żucia, albo morda do plucia. A jakie byś chciał?
– Najlepsze, jakie mogą być. Bo jeśli powiadacie, że te są marne, to chyba nie będę ja miał z nich pociechy.
– Wiadomo – rzekł szewc. – Po mokrym w dwa tygodnie rozlezą się. Widzisz, już wykrzywiły się, noski opadły a obcasy w tył poszły.
– Otóż to i jest – powiedziałem. – Zróbcie mi buty z najlepszej skóry; takie, żeby były i mocne, i eleganckie. Ile będą kosztowały?
– Mogę ja ci uszyć buty z prawdziwej francuskiej giemzy – powiedział szewc. – Będą lekkie, ładne, ale i mocne. Będzie to kosztowało 120 rubli.
– Czemu tak drogo?
– Drogo? – spytał szewc. – To nie rób. Nikt ciebie nie zmusza. Jak chcesz porządną rzecz mieć, to trzeba i dobrze zapłacić. Zresztą nie jest to wcale drogo. Ile u was w Rosji dobre buty kosztują?
– Nie pamiętam – powiedziałem, bo nie mogłem przecież prawdy mu powiedzieć.
– Jak nie pamiętasz, to ja ci przypomnę – rzekł szewc. – Po pierwsze, to u was porządnych butów nikt nie ma, bo ani towaru dobrego nie macie, ani dobrych rzemieślników. Bo szewcy wasi w artelach normy wyrabiają. A wiadomo, jak pracują robotnicy za nędzne żarcie i lichą płacę. Ot, żeby zbyć robotę. Więc wasze paskudztwo w Rosji, na wolnym rynku, 700 do 1000 rubli kosztuje. A jak coś trochę lepszego, to i dużo drożej. Więc chyba zapłacić 120 rubli za
porządny towar i dobrą pracę drogo dla ciebie nie będzie.
Wtrącił się drugi szewc – ten, co na harmonii grał:
– Co ty go uczysz? On sam dobrze to wszystko wie, ale durnia gra. Nie chce 120 rubli za dobre buty zapłacić, to niech sobie jedzie do swej Moskwy. Tam, na wolnym rynku, za te pieniądze chyba łapcie kupi. Tutejsze ceny to przecież rabunek. A on mordą kręci: za drogo!
Tu ja nie wytrzymałem i powiedziałem:
– Jaki rabunek? Przecież wam pieniędzmi zapłacę!
– A co te wasze pieniądze są warte?... Dopóki tu jesteście, to wasz rubel idzie za lita. A jak was stąd wyrzucą, to i za dziesięć rubli nikt ci lita albo polskiej złotówki, nie da. Też ustanowili kurs, rubel równy jest z litem! To tak samo, jakby my przyszli do waszej Moskwy i zarządzili, że polska złotówka równa jest waszym 1000 rublom. Czyż to nie rabunek? U was marny chleb przydziałowy, za którym trzeba noc w kolejce stać, kosztuje 2 ruble za kilo. A u nas biały chleb kosztuje 20 groszy. I bez żadnej kolejki...
– Co ty jemu tłumaczysz? – powiedział starszy szewc. – On i bez ciebie to dobrze wie, ale taką mu szkołę dali, że inaczej powiedzieć nie może, tylko: „U nas wsio jeść!... U nas wsiego mnogo!... U nas wsio łuczsze!...U nas wsio dieszewle!”1 Zrobili z niego papugę i jest „dokoła” dureń!
Wtedy ja wstałem. Czułem, że nie wytrzymam więcej. Nawet na poważne mordobicie w obronie Związku Radzieckiego się naraziłem. Ale im prawdę w oczy wygarnąłem:
– Wy mówicie, że ja jestem dookoła dureń! A czy wy wiecie, że ja jestem z tego tylko dumny?... Tak... Wy ot, mądrale, a nawet swego państwa nie macie i musicie robić to, co wam nasz rząd rozkaże! A mnie mądrość nie jest potrzebna. My mamy takich, co mądrzy są i oni wszystkim kierują. My już ćwierć świata mamy. A za dziesięć lat pół świata opanujemy.
_____________________________________________________________
1 *Zwykłe twierdzenia wszystkich Rosjan, przybyłych na okupowane przez bolszewickie wojska tereny: „U nas
wszystko jest!... „U nas wszystkiego dużo!... U nas wszystko lepsze! U nas wszystko tańsze!”
A za 20 lat nasz ruski naród będzie wszystkimi na świecie rządzić. Tacy my jesteśmy durnie!
A wy, z waszą mądrością, będziecie musieli nam służyć i robić to, co wam rozkażemy! Więc to, że ja jestem dureń, jest tylko zaszczyt dla mnie! Otóż, jestem dureń, dureń, dureń! I to jest moją wielką dumą!
Skończyłem ja mówić i milczę. Oczekuję, co z tego wyniknie? Zrozumiałem, że butów mnie na pewno nie zrobią. Ale poniosłem wielką ofiarę w obronie mojej ojczyzny.
A oni nic. Patrzą na mnie. Może czekali, co ja dalej powiem. A potem – jakby się zmówili – jak rykną śmiechem, to ja nawet przestraszyłem się. Z dziesięć minut się śmiali. Jeden to nawet na podłodze się położył i za brzuch chwycił się. A drugiemu łzy z oczu leciały.
Wreszcie uspokoili się oni. Starszy szewc do mnie podszedł, po ramieniu poklepał i powiedział:
– Podobasz się ty mnie... Za takie przedstawienie to ja ci buty tylko za sto rubli uszyję.
Będziesz miał takie buciory, jakich nie ma nawet twój mądry Stalin! Korzystaj ze sposobności, dopóki jeszcze całego świata nie zabraliście, bo potem będziemy wszyscy chodzić w kaloszach, łapciach albo i boso.
Wziął on miarę i nawet kazał mi nogę na papierze postawić i ołówkiem stopę obrysował.
Potem powiedział:
– Za tydzień przychodź. Będziesz miał dobre buty. Bardzo ty mnie ubawiłeś i za to ja sam ci je zrobię.
Poszedłem ja do domu i nic zrozumieć nie mogę. Dziwny naród ci Polacy. Ja im w oczy takich rzeczy nagadałem, a oni nawet nie zgniewali się i jeszcze cenę butów obniżyli. Nie mogę ja pojąć tej dzikiej narodowości. To za byle co do mordy dobierają się. A jak rzeczywiście trzeba w mordę bić, to ze śmiechu zdychają!
Tak, to naród z psychologią!
W sierpniu, 1940 roku. Vilnius.
Nie lubię często pisać, bo teraz, właściwie, nie ma o czym. Więc czekam zawsze, aby zebrało się więcej spraw o znaczeniu wszechświatowym, a wtedy dopiero uwieczniam je w tym moim dziele naukowym. Zresztą od tego czasu jak postanowiłem ja napisać najlepszą na świecie powieść, o naszych sowieckich osiągnięciach i o bohaterstwie niezwyciężonej Armii Czerwonej, to straciłem ja chęć do pisania tych drobiazgów. Lecz dzisiaj nie wytrzymałem i piszę ponownie. Bo dzień dzisiejszy (26 sierpnia 1940 roku) jest wielkim dniem.
Otóż: siedzę ja za stołem i piszę, a przede mną na stole stoi para butów. Ale jakich BUTÓW!!!... Po prostu dotknąć się ich boję, a nie tylko w nich chodzić!
Stoi takie coś na stole, na białym obrusie i lśni jak słońce, jak gwiazda na sowieckim sztandarze. Skóra na nich cieniutka, mięciutka, a mocna – jak nasz Związek Radziecki.
Obcasy zgrabne, noski zachwycające, ranty wprost marzenie... A cholewy!... Nawet słów mi brak na wyrażenie ich piękności! Po prostu nie buty, lecz mauzoleum Lenina na Czerwonym Placu, albo sowiecki czołg ostatniej konstrukcji!
Całą noc ja nie spałem i na nie patrzyłem. I strach mnie nawet bierze, że jestem właścicielem takiego skarbu. Będę musiał bardzo go pilnować. Postanowiłem nad ranem, że koniecznie trzeba drzwi do pokoju zamykać i klucz ze sobą zabierać. Poza tym kupię porządną kłódkę do drzwi i mocne skoble w nie wprawię. Nie mogę takiego skarbu lekkomyślnie narażać. Dobrze chociaż, że mój pokój jest na drugim piętrze, więc chyba z ulicy złodziej reakcyjny do nich łatwo się nie dobierze.
Tak. Otóż siedzę ja i piszę, co chwila na buty spoglądam i myślę sobie tak: „Wielkim i ważnym człowiekiem, Michaile Nikołajewiczu, jesteś! Możesz być dumny z siebie!”
A ze ściany moim butom z jednej strony towarzysz Stalin się przygląda, a z drugiej strony WIELKI nasz przyjaciel, towarzysz towarzysza Stalina, sam Adolf Hitler. I wydawało mi się nawet, że ci kochani wodzowie taką oto rozmowę prowadzą:
STALIN: Popatrz, Adolfku, jak ja swego bohaterskiego oficera wyposażyłem! Przyjemnie popatrzyć.
HITLER: Tak. Rzeczywiście buty zdumiewające. Bardzo tobie winszuję i cieszę się ogromnie tym wielkim sukcesem Związku Radzieckiego.
STALIN: On u mnie nie tylko buty ma wspaniałe, lecz i walizkę, i dwa zegarki!
HITLER: Ja to już zauważyłem i gdybym nie był tak bardzo zajęty niszczeniem Polaków, Żydów, Francuzów i innych reakcjonistów, to osobiście przyjechałbym, żeby te skarby obejrzeć.
Tak. Ogromnie przyjemne samopoczucie. Tylko jedno mam zmartwienie: boję się ja te buty na nogi wzuć. Chyba zrobię to na jakąś wielką i bardzo radosną dla Związku Radzieckiego uroczystość. Na przykład: jeśli nasz kochany towarzysz Hitler po Francuzach do Anglików się zabierze i wyrzuci tamtą zarazę z wyspy do morza, żeby się potopili podli reakcjoniści!
Pisząc to spostrzegłem ja, że dawno nic o sprawach politycznych nie nadmieniłem. Ale cóż o tym dużo pisać? Jest to rzecz naszego wielkiego WODZA i jego PRZYJACIELA. Oni tę robotę sprawnie i fachowo poprowadzą. Wymiotą Europę i świat cały z kapitalistycznych pasożytów. I jeszcze tego dokonają, że ja sobie patefon, a może nawet i radio zdobędę. Któż to wie! Ostatni rok przekonał mnie, że spełniają się w moim życiu takie rzeczy, o jakich ja ani myślałem, ani marzyłem, ani śniłem nawet. Jeden dowód tego stoi przede mną na stole. Drugi – walizka – lśni miedzianymi zamkami. A dwa zegarki szepcą dniem i nocą... Jeden: wielkiemu Stalinowi hura, hura, hura!... Drugi: wielkiemu Hitlerowi brawo, brawo, brawo!
Otóż o sprawach politycznych nie ma co dużo rozpisywać się. Wszystko idzie według planu politycznej produkcji, ustalonego przez dwóch największych dobroczyńców ludzkości.
Zabraliśmy już Litwę, Łotwę, Estonię, pół Polski, Besarabię, Białoruś, Ukrainę. Tylko z Finlandią nie bardzo nam się powiodło. Ale tam ogromnie chytrzy reakcjoniści z całego świata się zebrali i za angielskie kapitały taką obronę zrobili, że trudno do nich na razie dobrać się. Opowiadał mi znajomy kapitan, dwukrotny bohater Związku Radzieckiego, który
był na fińskim froncie, że bardzo mocno tam faszyści zasiedli. Okazało się, że zrobili umocnienia z gumy. My więc walimy do nich z armat, albo łupimy bombami z samolotów, pociski zaś odskakują od gumy i żadnej im szkody nie wyrządzają. Więc plunęliśmy na tę zarazę i zostawiliśmy ich na później. Tymczasem nasi uczeni takie promienie wynaleźli, co gumę z daleka rozpuszczają. Tylko aparaty jeszcze nie są wykończone, bo jakiś sabotażysta do fabryki wlazł i robotę popsuł. Ale to tylko na krótko sprawę odwlecze. Potem jak ruszymy z tamtymi promieniami na Finów, to cała guma im się rozpuści i potopią się w niej jak muchy w smole. A dla nas jeszcze i ta korzyść będzie, że dużo gumy na wyrób kaloszy dla roboczego narodu zdobędziemy, więc mniej ludzi będzie boso chodzić. Słowem, przewiduje się z tego wzrost dobrobytu w Związku Radzieckim i postęp gospodarczy.
A nasz druh serdeczny, Adolfek, tymczasem Francję uporządkuje i inne państwa tak samo... Pewnie i jego bohaterowie dużo zegarków, walizek i butów nakupili, albo po prostu zsocjalizowali. Można przypuszczać, że im nie gorzej jak nam powodzi się. Więc wszystko się rozwija bardzo przyjemnie, jak trzeba według planu wojskowo-politycznej produkcji. Po stachanowsku, można powiedzieć, nasi kochani WODZOWIE Europę obrabiają. A jak ją wykończą, to trochę odsapną i do Ameryki się zabiorą. Tam też będzie bardzo interesująca robota, bo dolarów tam, jak słyszałem, jest dużo i będzie za co pohulać. Wówczas ja sobie nawet rower kupię... z pompką.
Wczoraj jeszcze jedno interesujące zdarzenie było. Paczkę ja od brata Wsila z Moskwy otrzymałem. I nawet prędko doszła, bo tylko dwa i pół miesiąca w drodze była. A najgłówniejszą rzeczą jest to, że nic z paczki nie zginęło. Może trudno w to uwierzyć, lecz to szczera prawda. Zbadałem dokładnie, bo wewnątrz znalazłem wykaz rzeczy, napisany ręką brata. Bardzo przyjemnie, że u nas w Związku Radzieckim urzędnicy są tak sprawni i uczciwi. Możemy służyć za przykład całemu światu kapitalistycznemu.
W paczce było: trzy kilo kartofli – nawet nie popsuły się w dalekiej drodze, kilo cebuli, dwa duże buraki, woreczek chlebowych sucharów, paczka machorki i arkusz gazety do kręcenia cygarek. Była też flaszeczka oleju i – rzecz najważniejsza – pół kilograma masła, naszej sowieckiej produkcji, wykonanego w fabryce imienia słynnej rewolucjonistki, Karvucie. Przeczytać napisów na opakowaniu masła ja nie mogłem, bo było drobno pocięte, przez cenzurę, która badała czy wewnątrz nie ma czegoś politycznie szkodliwego. Ale nazwa fabryki była dobrze uwidoczniona: KARVUCIE.
Wyłożyłem ja ostrożnie to masło na talerz. Poskładałem kawałeczki, żeby było w porządku i postanowiłem, że Marii Iwanownie je pokażę. Niech, kapitalistyczna gadzina, podziwia nasze sowieckie osiągnięcia i wysoką stopę życiową.
Z innymi produktami ja tylko kłopot miałem i musiałem wieczorem po cichu z domu wyjść i w odludnym miejscu to wszystko przez parkan wyrzucić. Bratu trzeba będzie napisać, żeby nic więcej mnie nie posyłał. Niech lepiej sam to spożywa na zdrowie, bo mnie przecież niczego nie brakuje. Sam posłałbym mu wiele paczek z wędlinami, słoniną, kiełbasami, masłem, lecz obawiam się, aby i jego, i siebie, lekkomyślnie, na więzienie lub zesłanie do łagru nie narazić.
Otóż dziś rano zawołałem ja Marię Iwanownę.
– Proszę wstąpić do mnie na chwileczkę – powiedziałem. – Chcę ja tobie pokazać zdumiewającą, można powiedzieć, rzecz, która dobitnie świadczy o olbrzymim poziomie naszej sowieckiej cywilizacji!
Weszła ona do pokoju, ale była bardzo nieśmiała, bo ja ostatnio twardo te burżujki za pyski trzymałem. Zacząłem nawet je różnymi zoologicznymi imionami nazywać. Niech wiedzą z kim mają do czynienia i gdzie jest ich miejsce!
Otóż stanęła ona przy drzwiach i z zachwytem patrzy na buty, które ja ustawiłem pośrodku stołu na jej białym obrusie. To mnie trochę zmiękczyło, więc powiedziałem:
– Podejdź bliżej. Nie bój się. Dzisiaj ja jestem w bardzo dobrym humorze i nie zamierzam względem ciebie żadnego mordobicia, czy innego kopania stosować!
Zbliżyła się ona do stołu i z podziwem na buty patrzy. A ja jej palcem na talerz wskazałem i spytałem:
– A to widzisz?
– Widzę – powiedziała.
– Przyjrzyj się dobrze: co to jest?
Ona pochyliła się, powąchała i powiedziała:
– To jest zepsute masło.
– Masło może i jest zepsute, ale o czym to masło świadczy?
Zastanowiła się ona przez pewien czas, popatrzyła na mnie i mówi:
– To masło świadczy o tym, że ktoś miał go za dużo i nie zjadł w porę, więc zjełczało.
– Tępa u ciebie głowa! – powiedziałem do niej. – A jeszcze nauczycielką byłaś!... To masło świadczy o naszych ogromnych sowieckich osiągnięciach, bo jest wyprodukowane w specjalnej fabryce masła pod Moskwą, którą nazwano imieniem słynnej zagranicznej rewolucjonistki, proletariackiego pochodzenia, która zginęła w walce z burżuazją o wyzwolenie proletariatu.
A ona popatrzyła na mnie i mówi:
– To trochę dziwne, co wy mnie opowiadacie, bo masło to nie jest z Moskwy, lecz z Kowna. Oto jest stempel. A „Karvucie” nie jest wcale ludzkim imieniem, lecz nazwa krowy po litewsku.
– Krowy?! – spytałem.
– Tak... krowy – powtórzyła.
Wówczas ja się wyprężyłem, palcem na drzwi pokazałem i powiedziałem tylko jedno słowo:
– Wont!!!
Ale jak powiedziałem?!... No naturalnie, znikła z pokoju w jeden moment. Z burżujkami trzeba umieć odpowiednio postępować. Tak.
30 września, 1940 roku. Vilnius.
Wielkiemu Hitlerowi hura! hura! hura!
Radość rozpiera moje sowieckie serce i wypełnia po brzegi komsomolską duszę. Duma zalewa mój socjalistyczny mózg. Jestem tak szczęśliwy, że postanowiłem napisać to wszystko w szczególnie uroczysty sposób. Więc wzułem nowe buty, i, co chwila na nie spoglądając, piszę te słowa.
Dzień ten jest dniem wielkiej radości dla Związku Radzieckiego, proletariuszy całego świata w ogóle, komunistów zaś szczególnie... Po prostu nie mogłem uwierzyć swoim oczom i uszom, gdy czytałem o tym wszystkim w gazetach i słuchałem przez radio. Ale przekonałem się, że tak ono i jest... I to od 7-go września.
Otóż:
HITLER BOMBARDUJE LONDYN!
Dobrał się nareszcie, kochany WÓDZ niemieckich socjalistów i największy przyjaciel sowieckiego narodu, do angielskiej skóry! Potańczą oni teraz pod bombami. Bardzo my się tym cieszymy. Wszyscy nasi chłopaki chodzą uśmiechnięci i ręce z radości zacierają. Wiemy, że jest to początek końca angielskiego narodu. Tyle lat czytałem i słuchałem o tej największej pladze ludzkości i najpodlejszym wrogu Związku Radzieckiego, Anglii, aż doczekałem się wreszcie, że wzięto ją w robotę! Szkoda tylko, że nas tam nie będzie. Nauczyliby my ich ruskiego boksu! Pohulaliby chłopaki do woli. No i pożytek byłby wielki, bo na pewno tam co dziesiąty Anglik zegarek ma, a niektórzy, więksi kapitaliści, mogą nawet rowery posiadać.
Byłoby z kim tam się zabawić!... A może kochany Hitlerek sam nie podoła i nas poprosi dopomóc? To dopiero byłoby święto! A Polacy chodzą jak struci. Nosy pospuszczali. Ja już Marię Iwanownę z dziesięć razy pytałem: „Cóż to wasi Anglicy tak długo nie przychodzą, aby was wyzwalać? A może skóry swojej muszą bronić?” Ale ona na to nic mnie nie
odpowiedziała, albo mówiła, że nie zna się na tych sprawach. Też chytra bestia!
W ogóle ten miesiąc jest bardzo uroczysty i ważny dla Związku Radzieckiego. 17-go września obchodziliśmy rocznicę wielkiego zwycięstwa Armii Czerwonej nad faszystowską Polską. Stanowi to, można powiedzieć, dowód naszej potęgi, której nikt nigdy przeciwstawić się nie może. Wielka w tym dniu była radość i zadowolenie.
A przedwczoraj zawołałem ja ślusarza, żeby odpowiednie zabezpieczenia na drzwiach do mego pokoju porobił. Bo ja, od tamtego czasu, gdy buty kupiłem bardzo niespokojnie spałem.
Na dzień ja zawsze drzwi na klucz zamykałem. Ale to niepewne zabezpieczenie. A nuż któraś nauczycielka drzwi wytrychem otworzy i moje buty, albo walizkę ukradnie!
Ślusarz drzwi obejrzał i spytał, co ma robić? Powiedziałem mu, że chcę mieć takie zamknięcia, żeby najsprytniejszy złodziej do pokoju dostać się nie mógł. Ślusarz podrapał się w głowę i odrzekł:
– Od dobrego złodzieja pewnego zabezpieczenia nie ma. Bo jak zamki będą dobre, to on drzwi z zawiasów wyważy, albo w nich filong wytnie.
– A czy możesz zabezpieczyć drzwi tak, żeby w żaden sposób nie poradził?
– Tego – powiedział – gwarantować nie mogę. Ale, jeśli wam pieniędzy nie szkoda, to można silnie zabezpieczyć. Wówczas drzwiom rady nie da i będzie musiał innej drogi do pokoju szukać.
– Wiele by to kosztowało?
On zastanowił się i powiedział:
– To trzeba obliczyć. Zawiasy muszą być wpuszczone przez futrynę w cegły i „wąsy” od nich trzeba będzie w murze cementem zalać. To jest pierwsza sprawa. Następnie drzwi od wewnątrz trzeba będzie grubą blachą obić i przynitować. Wówczas borem dziur nie wytnie i filonga nie wyjmie. Brzegi drzwi koniecznie trzeba grubymi listwami żelaza obić, tak, żeby żadnej szpary nie było i wówczas w nie zamek „Yale” wprawić. A z zewnątrz można jeszcze dwa mocne skoble dać dla dwóch cuhaltowych kłódek.
– Wiele by to kosztowało?
– Dwieście rubli – powiedział. – Sam materiał będzie kosztował 80 rubli. Zamek „Yale” i dwie kłódki 70. No a 50 za robotę, bo w jeden dzień chyba nie skończymy i we dwóch pracować będziemy.
Pomyślałem ja, co tu robić? Drogo mi się wydało. Ale czyż nie lepiej zabezpieczyć od razu moją socjalistyczną własność od zamachów wszelkich reakcyjnych złodziejów i mieć spokój?
Więc zgodziłem się na tę cenę, lecz poprosiłem, żeby robotę prędko wykonano.
Półtora dnia zabezpieczali oni drzwi. Ja zaś przez cały ten czas z domu nie wyszedłem, bo bałem się buty i walizkę bez dozoru zostawić. Ale wreszcie skończyli robotę. Sprawdziłem wszystko. Rzeczywiście wyszło dobrze.
Pomocnik ślusarza spytał mnie:
– Po co wam takie zamknięcia? Tu przecież nie bank.
– Jak to: po co?! Ot walizkę dobrą mam. A najważniejsze to są buty!
A on jak zacznie się śmiać i powiada:
– To ty, żeby ochronić buty, które kosztują 80 rubli, wywaliłeś na te drzwi 200 rubli!
Wiec powiedziałem mu dorzecznie:
– Po pierwsze: buty kosztują nie 80 rubli, lecz 100, bo są ze specjalnego zagranicznego towaru zrobione. A po drugie: to ja może jeszcze coś ważniejszego kupię. Na przykład patefon albo radio.
Wtedy on powiedział:
– Najlepiej te buty swoje zabezpieczysz, jeśli je na nogi wzujesz.
Zapłaciłem ja ślusarzowi za robotę i odetchnąłem. Teraz mogę spokojnie spać i na miasto bez obawy wyjść. Wiem, że moja święta własność nie będzie zagrożona. Tak, przyjemne to samopoczucie. Za 200 rubli wszelkich obaw się pozbyłem.
A wieczorem tego dnia ja list do Duniaszki wyrżnąłem, bo dawno już do niej nie pisałem.
Pomógł: 3 razy Wiek: 41 Dołączył: 12 Lis 2007 Posty: 328 Skąd: Polska
Wysłany: 23-07-2009, 15:50
Polecam Państwu knigę mistrza Piaseckiego pt."Bogom nocy równi"-obraz sojuza w pierwszych latach po rewolucji(wspomnienia Piaseckiego z czasów,kiedy pracował w polskim wywiadzie).Chyba najlepsza dla mnie jego książka oprócz"Człowiek przemieniony w wilka"i "Dla honoru organizacji".
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum