16 marca 1989 r. otworzył podwoje pierwszy kantor wymiany walut. Kończył epokę waluciarzy i cinkciarzy, choć w swej istocie był legalnym przedłużeniem tej nielegalnej w PRL profesji.
Nazwa cinkciarz na określenie osoby handlującej walutą pojawiła się dopiero w końcu lat 60., kiedy coraz liczniejszym zachodnim turystom wypadało zaproponować w języku Szekspira korzystniejszą niż po oficjalnym kursie wymianę na złote dolarów, marek, koron. Termin ten ostatecznie wyparł wcześniejsze, funkcjonujące od okupacji, określenia mobilnych kantorów wymiany (czarnogiełdziarze, waluciarze, koniki). Nie ulega bowiem wątpliwości, że to lata wojny były fundamentem przyszłego nieoficjalnego rynku walutowego w PRL. Wskutek olbrzymiej inflacji i słabości okupacyjnej waluty (tzw. młynarek) większość dużych transakcji realizowano w dolarowych banknotach lub monetach (od ich kursów często zaczynają się zapisy w prowadzonych wtedy dziennikach!).
Zabrzmi to może paradoksalnie, ale wojna, skutecznie mieszając w społecznym i gospodarczym tyglu, zdemokratyzowała dolara, na 50 lat wyprowadzając prywatny obrót walutą na ulicę, do bram, knajp, prywatnych mieszkań. Jeszcze w latach 50. waluciarze z największym stażem z nostalgią wspominali czasy, kiedy okolice warszawskiego placu Napoleona (dziś Powstańców Warszawy) stanowiły dewizowe centrum okupowanej Europy.
Również po wojnie waluciarze mieli pełne ręce pracy i również wtedy nie było to zajęcie bezstresowe. Zwłaszcza od rozpoczęcia w 1947 r. tzw. bitwy o handel, kiedy przewidujący swój rychły koniec prywatni przedsiębiorcy zaczęli inwestować w trwalsze walory, co błyskawicznie wywołało kontrakcję władz – do obozów pracy powędrowało niemało czarnogiełdziarzy i ich klientów. Ustawy walutowe z października 1950 r. w ogóle zakazały posiadania obcych walut, za nielegalny handel nimi mogła grozić nawet kara śmierci. Zawodowych waluciarzy nie było to w stanie powstrzymać. Tym bardziej że choć wyroki śmierci zapadały, z zasady nie były wykonywane.
Epoka cinkciarzy
Od drugiej połowy lat 50. władze starały się wydobywać dewizy od obywateli coraz to bardziej pokojowymi metodami, wyjątkowymi w całym bloku wschodnim. Jesienią 1956 r. zliberalizowano przepisy dewizowe, nie ukrywając, że chodzi o „uruchomienie tezauryzowanych obecnie walut, wykorzystanie ich – przede wszystkim – dla poprawy zaopatrzenia w surowce i maszyny rzemiosła oraz w nawozy sztuczne, środki owadobójcze, materiały budowlane i także maszyny – rolników. (...) Umożliwienie posiadaczom tych walut np. budowy domku jednorodzinnego, otwarcia rzemieślniczego warsztatu, intensyfikacji produkcji rolnej itp. – powinno ich zachęcić do wykorzystania tych możliwości, a gospodarce narodowej przysporzyć towarów na rynku”.
Posiadanie walut przestało być co prawda przestępstwem, ale wszelkie operacje nimi zostały zmonopolizowane przez Bank Polska Kasa Opieki, pośredniczący m.in. w zamianie oficjalnie nadsyłanych z zagranicy dewiz na niedostępne na rynku krajowym artykuły przemysłowe lub spożywcze. W całym kraju błyskawicznie zmieniło to topografię nielegalnych giełd walutowych, przeniesionych w okolice banków Pekao.
W ich pobliżu można było spotkać tylko płotki czarnej giełdy. Prawdziwe grube ryby pozostawały w głębokim cieniu, urzędując zazwyczaj w prywatnych mieszkaniach lub kawiarniach. Mimo że do zwalczania czarnego rynku dewizowego Milicja Obywatelska wykorzystywała rzeczywiście dobrych fachowców z tzw. dewizówki (zwykli mundurowi nawet nie próbowali walczyć z waluciarzami), zatrzymanie i skazanie nie tylko „bankiera”, ale i szeregowego cinkciarza nie było zadaniem prostym. Często też władze pozostawały bezradne wobec wykształconych przez nich strategii, od ściśle przestrzeganych zasad konspiracji po doskonałą znajomość obowiązującego prawa (dewizowego).
Wśród cinkciarzy nie brakowało byłych funkcjonariuszy MO lub SB, co utrudniało agenturalną penetrację środowiska. Tym bardziej że wspomniani bossowie czarnego rynku starali się nie rzucać w oczy władzy, prowadząc pozornie przeciętne życie. Zatrzymany w 1973 r. i skazany w 1976 r. (na 12 lat) Tomasz Szczypułkowski pracował jako nauczyciel w technikum, a jego żona była bileterką. Jak komentował w 1976 r. Piotr Ambroziewicz: „nie mogą nie śmieszyć próby pokazywania porachunków polskiego podziemia walutowego przy pomocy zawodowych rewolwerowców. Mokra robota to hałas, to smród wokół interesu, który powinien być cichutki, niczym mysz pod miotłą”. Zwłaszcza że chodziło o miliony złotych, dziesiątki tysięcy dolarów i kilogramy złota. Kapitały – zarówno w pieniądzach, jak i doświadczeniu biznesowym – niezwykle przydały się w 1989 r.
16 marca 1989 r. otworzył podwoje pierwszy kantor wymiany walut. Kończył epokę waluciarzy i cinkciarzy, choć w swej istocie był legalnym przedłużeniem tej nielegalnej w PRL profesji.
Nazwa cinkciarz na określenie osoby handlującej walutą pojawiła się dopiero w końcu lat 60., kiedy coraz liczniejszym zachodnim turystom wypadało zaproponować w języku Szekspira korzystniejszą niż po oficjalnym kursie wymianę na złote dolarów, marek, koron. Termin ten ostatecznie wyparł wcześniejsze, funkcjonujące od okupacji, określenia mobilnych kantorów wymiany (czarnogiełdziarze, waluciarze, koniki). Nie ulega bowiem wątpliwości, że to lata wojny były fundamentem przyszłego nieoficjalnego rynku walutowego w PRL. Wskutek olbrzymiej inflacji i słabości okupacyjnej waluty (tzw. młynarek) większość dużych transakcji realizowano w dolarowych banknotach lub monetach (od ich kursów często zaczynają się zapisy w prowadzonych wtedy dziennikach!).
Zabrzmi to może paradoksalnie, ale wojna, skutecznie mieszając w społecznym i gospodarczym tyglu, zdemokratyzowała dolara, na 50 lat wyprowadzając prywatny obrót walutą na ulicę, do bram, knajp, prywatnych mieszkań. Jeszcze w latach 50. waluciarze z największym stażem z nostalgią wspominali czasy, kiedy okolice warszawskiego placu Napoleona (dziś Powstańców Warszawy) stanowiły dewizowe centrum okupowanej Europy.
Również po wojnie waluciarze mieli pełne ręce pracy i również wtedy nie było to zajęcie bezstresowe. Zwłaszcza od rozpoczęcia w 1947 r. tzw. bitwy o handel, kiedy przewidujący swój rychły koniec prywatni przedsiębiorcy zaczęli inwestować w trwalsze walory, co błyskawicznie wywołało kontrakcję władz – do obozów pracy powędrowało niemało czarnogiełdziarzy i ich klientów. Ustawy walutowe z października 1950 r. w ogóle zakazały posiadania obcych walut, za nielegalny handel nimi mogła grozić nawet kara śmierci. Zawodowych waluciarzy nie było to w stanie powstrzymać. Tym bardziej że choć wyroki śmierci zapadały, z zasady nie były wykonywane.
Epoka cinkciarzy
Od drugiej połowy lat 50. władze starały się wydobywać dewizy od obywateli coraz to bardziej pokojowymi metodami, wyjątkowymi w całym bloku wschodnim. Jesienią 1956 r. zliberalizowano przepisy dewizowe, nie ukrywając, że chodzi o „uruchomienie tezauryzowanych obecnie walut, wykorzystanie ich – przede wszystkim – dla poprawy zaopatrzenia w surowce i maszyny rzemiosła oraz w nawozy sztuczne, środki owadobójcze, materiały budowlane i także maszyny – rolników. (...) Umożliwienie posiadaczom tych walut np. budowy domku jednorodzinnego, otwarcia rzemieślniczego warsztatu, intensyfikacji produkcji rolnej itp. – powinno ich zachęcić do wykorzystania tych możliwości, a gospodarce narodowej przysporzyć towarów na rynku”.
Posiadanie walut przestało być co prawda przestępstwem, ale wszelkie operacje nimi zostały zmonopolizowane przez Bank Polska Kasa Opieki, pośredniczący m.in. w zamianie oficjalnie nadsyłanych z zagranicy dewiz na niedostępne na rynku krajowym artykuły przemysłowe lub spożywcze. W całym kraju błyskawicznie zmieniło to topografię nielegalnych giełd walutowych, przeniesionych w okolice banków Pekao.
W ich pobliżu można było spotkać tylko płotki czarnej giełdy. Prawdziwe grube ryby pozostawały w głębokim cieniu, urzędując zazwyczaj w prywatnych mieszkaniach lub kawiarniach. Mimo że do zwalczania czarnego rynku dewizowego Milicja Obywatelska wykorzystywała rzeczywiście dobrych fachowców z tzw. dewizówki (zwykli mundurowi nawet nie próbowali walczyć z waluciarzami), zatrzymanie i skazanie nie tylko „bankiera”, ale i szeregowego cinkciarza nie było zadaniem prostym. Często też władze pozostawały bezradne wobec wykształconych przez nich strategii, od ściśle przestrzeganych zasad konspiracji po doskonałą znajomość obowiązującego prawa (dewizowego).
Wśród cinkciarzy nie brakowało byłych funkcjonariuszy MO lub SB, co utrudniało agenturalną penetrację środowiska. Tym bardziej że wspomniani bossowie czarnego rynku starali się nie rzucać w oczy władzy, prowadząc pozornie przeciętne życie. Zatrzymany w 1973 r. i skazany w 1976 r. (na 12 lat) Tomasz Szczypułkowski pracował jako nauczyciel w technikum, a jego żona była bileterką. Jak komentował w 1976 r. Piotr Ambroziewicz: „nie mogą nie śmieszyć próby pokazywania porachunków polskiego podziemia walutowego przy pomocy zawodowych rewolwerowców. Mokra robota to hałas, to smród wokół interesu, który powinien być cichutki, niczym mysz pod miotłą”. Zwłaszcza że chodziło o miliony złotych, dziesiątki tysięcy dolarów i kilogramy złota. Kapitały – zarówno w pieniądzach, jak i doświadczeniu biznesowym – niezwykle przydały się w 1989 r.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum