Wysłany: 26-06-2008, 08:58 Bohaterowie czy mordercy?
Bohaterowie czy mordercy?
Dla wielu Czechów była to największa ucieczka czasów zimnej wojny
W 1953 roku pięciu młodych ludzi przez 28 dni wodziło za nos 24 tysiące radzieckich żołnierzy i enerdowską milicję, dążąc do Berlina Zachodniego i wolności.
W Europie Środkowej, gdzie historia często bywa pisana na nowo, wielu sądzi że uciekinierzy ci byli po prostu brutalnymi mordercami…
W październiku 1953 r. pięciu mężczyzn usiłowało wywalczyć sobie przejście przez żelazną kurtynę do amerykańskiego sektora w okupowanym Berlinie. Chcieli dołączyć do żołnierzy US Army i walczyć w nieuchronnie zbliżającej się – jak sądzili – wojnie światowej między zachodnimi demokracjami a radzieckim komunizmem. W tym celu bracia Josef i Ctirad Masin oraz ich przyjaciele z dzieciństwa Milan Paumer, Zbynek Janata i Vaclav Sveda porywali samochody, kradli pistolety maszynowe, usypiali przeciwników chloroformem, włamali się na posterunek milicji i zabili sześciu ludzi, między innymi funkcjonariusza, któremu poderżnęli gardło harcerską finką.
Josef i Ctirad Masin w 1988 roku, fot. AFP
Myśleli, że dotrą do celu w pięć dni. W rzeczywistości wyprawa trwała cztery tygodnie, w czasie których uciekinierzy doświadczyli głodu, odmrożeń i ran postrzałowych. Trzech z nich dotarło w końcu do Berlina Zachodniego, gdzie przesłuchiwali ich pracownicy amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej. Później rzeczywiście wstąpili do armii amerykańskiej mając nadzieję, że będą mogli brać udział w wyzwalaniu Czechosłowacji. Pozostałych dwóch – Janatę i Svedę złapała enerdowska milicja. Zostali straceni.
Obecny premier Czech, liberał Mirek Topolanek podjął w marcu decyzję o uhonorowaniu trzech uciekinierów i uznaniu ich za bohaterów. Musiał zdawać sobie sprawę, że wywoła to kontrowersje w kraju wciąż jeszcze zmagającym się z komunistyczną przeszłością – nikt jednak nie był przygotowany na aż tak ostrą debatę, w której dały o sobie znać wszystkie mieszane uczucia związane z najnowszą historią Czechosłowacji i Czech.
Część rodaków poparła decyzję premiera uznając ją za wyraz hołdu złożonego bojownikom o wolność mającym odwagę przeciwstawić się komunistycznym władzom. Okazało się jednak, że większa grupa – niemal połowa osób biorących udział w badaniach przeprowadzonych na zlecenie czeskiej telewizji – uważa odznaczonych za przestępców.
Topolanek bronił swojej decyzji mówiąc, że chciał w ten sposób pokazać, iż zbrojna walka przeciwko komunizmowi była takim samym imperatywem moralnym, jak walka z nazizmem. Ale członkowie Czeskiej Partii Komunistycznej – odbudowanej partii marksistowskiej, która w ostatnich wyborach parlamentarnych w 2006 r. zdobyła 13 proc. głosów – twierdzą, iż trzej ocaleni powinni zostać pozbawieni wszelkich godności i traktowani jak pospolici przestępcy.
– W czasach, kiedy świat walczy z terroryzmem, ci ludzie nie wydają się dobrym przykładem do naśladowania – ocenia Lubomir Zaoralek z opozycyjnej Partii Socjaldemokratycznej. – Nagradzanie ich to krok w niebezpiecznym kierunku.
Dla 76-letniego dziś Milana Paumera, energicznego i pełnego życia starszego pana, lubiącego czteroliterowe słowa i czarne skórzane kurtki, cała dyskusja jest tylko dowodem na to, że Czechy wciąż jeszcze pozostają pod wpływem komunizmu. Nie odczuwa skruchy. Zabójstwo traktuje jako usprawiedliwioną reakcję na działania totalitarnego reżimu. Do lat 50., przypomina, komuniści osadzili w więzieniach i obozach dziesiątki tysięcy przeciwników politycznych, konfiskowali własność prywatną, zdusili wolność słowa. Od czasu przyznania mu odznaczenia zdarza się, że ktoś krzyknie za nim na ulicy: „morderca!”.
– Walczyliśmy o wyzwolenie tego kraju spod władzy komunistów, a wypomina się nam sześciu martwych ludzi! – mówi Paumer. – To były ofiary wojny, nie żałuję ich. My, prawdziwi demokraci, płaczemy raczej nad tymi, których przez czterdzieści lat terroryzowali komuniści.
Historycy i socjologowie twierdzą, że decyzja o uhonorowaniu trójki uciekinierów dotknęła czułej struny Czechów: głęboko zakorzenionych narodowych kompleksów z powodu bierności w czasach komunistycznych.
– Ludzie nie mogą dziś wybaczyć Paumerowi i braciom Masin, bo pokazali im, że z komunizmem można było walczyć i wygrywać – mówi Petr Placak, liberalny komentator polityczny. – Tymczasem większość Czechów uważała, że wszystko, co można było robić, to cierpieć w milczeniu i czekać na lepsze czasy. Dlatego łatwiej dziś nazwać tamtych mordercami, niż przyznać się do własnej bezsilności.
Historyk i dziennikarz Erik Tabery przypomina, że w 1938 r. Czechosłowacja została podzielona przez nazistów za zgodą Zachodu, a Czesi w ogóle nie podjęli walki w swojej obronie. Potem, po komunistycznym przewrocie w 1948 roku, tamtejsi demokraci też w zasadzie nie stawiali oporu. – Nasi przywódcy gratulują nam dziś walki z komunizmem, która polegała na tym, że siedzieliśmy w domu i nic nie robiliśmy – mówi.
Siedzenie w domu nie interesowało Paumera i czwórki jego przyjaciół z dzieciństwa. Kiedy komuniści przejęli władzę, wspomina, cała grupa zaczęła organizować drobne akty sabotażu w swoim rodzinnym mieście Podebradach: palili pola, zrywali portrety Stalina. Bardzo chcieli zdobyć broń, by czynnie walczyć z komunistami. W tym celu włamali się do miejscowego muzeum i ukradli kilka starych karabinów z ekspozycji. Niestety, okazało się, że były one pozbawione iglic…Wtedy postanowili zdobyć broń napadając na posterunek milicji. Kiedy funkcjonariusz odmówił otworzenia sejfu z bronią, opowiada Paumer, Ctirad Masin uśpił go chloroformem, a potem poderżnął mu gardło. Napastnicy uciekli z sześcioma pistoletami maszynowymi i ośmioma sztukami krótkiej broni.
– Zostawiliśmy tego milicjanta na podłodze, całego we krwi – mówi Paumer, który miał wówczas 21 lat. – Chcieliśmy pokazać komunistom, co im grozi, udowodnić, że potrafimy zabijać, a oni nie są bezkarni.
Później stwierdzili, że potrzebują pieniędzy na łapówki, motocykle i bilety kolejowe, aby uciec na Zachód. Obrabowali zatem furgonetkę wiozącą wypłatę dla robotników z pobliskiej fabryki, w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze było tego około 140 tysięcy dolarów (ponad 300 tysięcy złotych). Bracia Masin przebrali się za milicjantów i zatrzymali auto. Kiedy odmówiono im wydania pieniędzy, a jeden z pracowników wyciągnął broń, Josef Masin rzucił się na niego, przycisnął mu jego własny pistolet do ramienia i zmusił go do dwukrotnego naciśnięcia spustu.
W październiku 1953 r. piątka przyjaciół ruszyła w stronę granicy z NRD. Udało im się niezauważenie ją przekroczyć, ale wkrótce potem wdali się w strzelaninę z milicją na stacji kolejowej. Zginęło kilku funkcjonariuszy, a czescy uciekinierzy stali się najbardziej poszukiwanymi ludźmi w całych Niemczech Wschodnich.
– Wciąż myśleliśmy, że wkrótce wybuchnie konflikt między Wschodem a Zachodem – wspomina Paumer. – Że zacznie się III wojna światowa, między Rosją a Stanami Zjednoczonymi. Za wszelką cenę chcieliśmy przedostać się do Amerykanów, żeby pomóc w walce z komunizmem.
Wspomina, że najgorsze chwile przeżył na kilka dni przed dotarciem do Berlina Zachodniego, gdy w lesie został postrzelony przez enerdowskiego milicjanta. – Niewiele brakowało, a poddałbym się – wspomina. – I to na kilka kilometrów przed celem. Byłem zmęczony i bardzo słaby.
Ale jego przyjaciel Josef Masin nie pozwolił mu na to. – Wymierzył we mnie broń. „Albo ja cię zabiję, albo oni – powiedział. – Wybieraj”.
Trzej uciekinierzy dotarli w końcu do Berlina Zachodniego i rzeczywiście wstąpili do armii amerykańskiej. Paumer walczył w Korei, a później zamieszkał w Miami i przez 30 lat był kierowcą taksówki. Josef Masin osiadł w Santa Barbara w Kalifornii. Zbił tam milionową fortunę na handlu częściami do samolotów. Jego brat Citrad osiedlił się w Cleveland , gdzie założył firmę montującą ogrzewanie w budynkach.
Josef Masin powiedział nam przez telefon, że on i jego brat odmówili powrotu do Czech dlatego, że partia komunistyczna nie została zdelegalizowana. – Ci sami ludzie, z którymi walczyliśmy, dziś rządzą w naszej ojczyźnie – mówił.
Paumer wrócił do Czechosłowacji w 1991 roku, dwa lata po aksamitnej rewolucji kładącej kres rządom komunistów. Do dziś mieszka w rodzinnych Podebradach. W maleńkim mieszkanku jedynymi ozdobami wiszącymi na ścianach są plakat z reklamą piwa i jego medal w szklanej gablocie. Opowiada o swojej historii w szkołach, żyje z bardzo skromnej wojskowej emerytury. W Hollywood planuje się nakręcenie filmu opowiadającego historię jego i jego towarzyszy.
Choć Amerykanie nigdy nie weszli do Czechosłowacji, aby walczyć z komunistami, Paumer i Josef Masin mówią, że nie chowają do nikogo urazy. – Jestem dumny z tego, że jestem Amerykaninem – podkreśla Masin. – Amerykanie nie robią niczego dla siebie. Czesi powinni się wstydzić, że współpracowali z komunistami. Zawsze mieli jakieś wytłumaczenia.
Pomógł: 11 razy Wiek: 22 Dołączył: 25 Mar 2005 Posty: 944 Skąd: z Polski
Wysłany: 26-06-2008, 18:16
Biorąc pod uwagę, że każde wystąpienie zbrojne przeciw komunizmowi wywołałoby w tamtych czasach więcej ofiar niż pożytku, to trudno ich nazwać bohaterami. Tym bardziej, że - w przeciwieństwie do naszych z podziemia poAKowskiego nie mieli noży na gardle, przed rozpoczęciem działań zbrojnych. To co zrobili to głupstwo, strzelali do szeregowych milicjantów chyba a nie do ichniej bezpieki, trudno ich uznać za bohaterów. Trudno też potępiać, czasy były jakie były, okazało się że komunizm (stalinowski) potrafi być równie okrutny jak nazizm, kilku młodych na 99 % nie zdawało sobie sprawy z politycznych konsekwencji tej hipotetycznej III wojny, a że im się nowe porządki nie podobały, to się nie dziwie.
A partie komunistyczną, jesli ma tak w nazwie, powinni zdelegalizować.
Trudno chłopaków ocenić. To co zrobili zrzuciłbym na karb młodzieńczej energii lub "głupocie". A prawda jest taka, że należy im się uznanie za odwagę.
A co do partii komunistycznej to w naszym kraju też takowa istnieje wbrew zapisom w konstytucji (i wbrew zapisom w konstytucji można spokojnie wyjść w koszulce z Che i spokojnie sie przejść a z Rudolfem Hessem już nie). Największa różnica jest taka że KPCziM jest w ichnym parlamencie a nasza KPP jest prawie nie znana.
_________________ "Zresztą nieważne. Jest jak jest lepiej nie będzie. Potrenujemy."
Sierżant T. Tomczak
Ale w tym wypadku ważniejszy jest powód zabicia. Jeśli zabijasz bo do Ciebie strzelają, to faktycznie walczysz. Jeśli podrzynasz gardło śpiącemu milicjantowi to jest czyste morderstwo.
_________________ The 2 loudest sounds in the world: A click when you expect a bang, and a bang when you expect a click.
Pomógł: 7 razy Wiek: 35 Dołączył: 04 Gru 2007 Posty: 845 Skąd: Polska
Wysłany: 27-06-2008, 10:30
Zgadzam się z tobą. Ale do niektórych ta prawda nie dociera. Strzelenie bezbronnemu w plecy albo podcięcie gardła śpiącemu to żadne bohaterstwo, tylko zwyczajne zabójstwo, do którego potem niektórzy dorabiają sobie jakieś mdłe uzasadnienie, dla zabicia wyrzutów sumienia.
Pomógł: 12 razy Wiek: 47 Dołączył: 13 Sie 2005 Posty: 260 Skąd: Shangri - La
Wysłany: 27-06-2008, 15:33
Chyba za bardzo uogólniacie. Nie mam zamiaru kruszyć kopii o ten akurat przypadek ( choć ja tych Czechów odbieram jak najbardziej pozytywnie), ale prowadzenie wojny polega właśnie na bezlitosnym wykorzystywaniu słabości przeciwnika. Wszelkich słabości. Komandos obudzi śpiącego wartownika? Dobre sobie Do wojny nie przystępuje się dla zabawy, to walka o wszystko. Oczywiście są i powinny być jakieś zasady gry, ale ten facet nie zabił ciężarnej kobiety, nie strzelił do dziecka. Zlikwidował wroga. Wroga który faktycznie chwilowo był bezbronny, ale gdyby się obudził mógł zaalarmować innych, wziąć udział w pościgu itp. Jednym słowem - starałby się ich zabić. Uniemożliwili mu to. Był to niewątpliwie czyn brutalny, jak wszelka walka na serio i wojna, ale czy morderstwo? Osobiście bym ich nie nazwał mordercami, ale każdy może mieć tu własne zdanie. Problem polega też na tym, że ponieważ nie był to otwarty konflikt, mało kto postrzega to jako walkę z systemem, a tak, jak mi się wydaje uważali ci Czesi. Oni wiedzieli dobrze co się z nimi stanie jak ich złapią i poszli na całość. U nas była podobna ( także jeśli chodzi o kontrowersje wokół niej) sprawa sierżanta Karosa. I też zdania są podzielone.
_________________ C'est grand malheur de ne pouvoir etre seul...
Pomógł: 11 razy Wiek: 22 Dołączył: 25 Mar 2005 Posty: 944 Skąd: z Polski
Wysłany: 27-06-2008, 15:52
Tengu, u nas większość żołnierzy podziemia po 45 nie likwidowała milicjantów czy żołnierzy KBW jeżeli zostali rozbrojeni, tylko rozbrajano ich. Świadczą o tym nawet źródła napisane za PRL. Oni zamordowali i to pewnie szeregowca (co innego gdyby miał wyrok sądu podziemnego za tortury, czy był wysokim f-szem ichniego odpowiednika UB). A co do sprawy sierż Karosa moja opinia jest jednoznaczna i negatywna, to już nie były czasy stalinowskie, istniała już zorganizowana opozycja której zasadą było nie używanie broni palnej i mieli się do niej dołączyć. To że system jest zły, zbrodniczy nawet, nie usprawiedliwia walki zbrojnej przeciwko niemu. Przykładem tego jest polska opozycja wobec PRL. Nie darzę zaufaniem osób które podejmowały tak radykalny, zbrojny sprzeciw wobec władzy, kto wie jak by życie wyglądało pod ich władzą.
To że rewolucja październikowa własne dzieci, wnuki, prawnuki i wszystkich dookoła na podwórku zjadła, to nie znaczy że trzeba ją obalać rewolucją o innych, możliwe że równie negatywnych skutkach. Patrząc na ich zachowanie wobec tego już rozbrojonego (to ważne) szeregowego (to też) milicjanta, nie wiem czy jakby doszli do władzy nie stosowaliby okrutnych metod rozprawy z wrogami różnej maści, w tym wyimaginowanymi, oraz zwykłymi przeciwnikami politycznymi.
Tengu, ale to był (najprawdopodobniej) szeregowy milicjant, który łapał złodziei z PGRu i dawał mandaty za parkowanie. To nie był wróg-najeźdźca tylko rodak służący w mundurze. Teraz Ty uogólniasz, jak do dziś robi to wilu Polaków - każdy komunista w mundurze jest zły. A w komuniźmie również są popełniane przestępstwa kryminalne i wykroczenia. Zwykłemu policjantowi (w uproszczeniu) wszystko jedno "pod kim" służy, bo de facto służby społeczeństwu.
Możnaby tłumaczyć tak jak Ty gdyby zabili jakiegoś znanego z brutlaności "ubeka", ale zwykłego stójkowego? Wg takiego rozumowania należałoby wyrżnąć wszystkich policjantów, a wtedy byłaby anarchia, a nie demokracja.
_________________ The 2 loudest sounds in the world: A click when you expect a bang, and a bang when you expect a click.
Pomógł: 12 razy Wiek: 47 Dołączył: 13 Sie 2005 Posty: 260 Skąd: Shangri - La
Wysłany: 27-06-2008, 16:25
m4a1 - jak napisałem wyżej, nie będę kruszył kopii, ale zapewniam Cię jako historyk, że wcale nie wygladało to tak fajnie. Nawet na poczatku zeszłego wieku, nasze organizacje narodowowyzwoleńcze nie szczypały się specjalnie. W walce zasady moralne może nie idą calkiem w odstawkę ( w normalnym społeczeństwie/ państwie), ale ulegają silnemu przewartościowaniu. A my teraz tylko teoretyzujemy. Nikt z nas nie wie, jak zachowałby się w podobnej sytuacji. Ja jestem po prostu bardziej wyrozumiały od Ciebie, być może ze względu na mój zawód Nie mam teraz czasu na długie dyskusje, ale aby nie być całkiem gołosłownym - mały przykład z okresu nawet nie I czy II wojny, z wcześniejszego. Powszechnie uchodzącego za czas gentlemanów... Poniżej link do fotki grobu gen.majora A.N. Markgrafskiego i jego kilkuletniego syna Koki.
Zabito go wraz wraz z synem 2 sierpnia 1906, cudem ocalały jadące tym samym powozem matka i guwernantka chłopca. Generał Markgrafski był szefem carskiej tajnej policji - Ochrany. Polscy spiskowcy postanowili go dorwać za wszelką cenę. No i dorwali. Wiedzieli, że jedzie wraz z rodziną i służącą i olali to z zimną krwią. Bo atak w innym miejscu/ czasie, byłby dla nich dużo większym ryzykiem. Uznali, że nie ma sensu takowego podejmować. Grupą bojowców dowodził Tomasz Arciszewski ( polityk PPS w Polsce miedzywojennej, a w latach 1944 -1945 premier rządu polskiego na emigracji).
_________________ C'est grand malheur de ne pouvoir etre seul...
Pomógł: 12 razy Wiek: 47 Dołączył: 13 Sie 2005 Posty: 260 Skąd: Shangri - La
Wysłany: 27-06-2008, 17:26
Foka - ja nie twierdzę, że oni dokonali niewiadomo czego, mówię tylko, że nie nazwałbym ich mordercami, pamiętaj, przy tym, że to nie byli zawodowcy. Nie można do nich przykładać takich standardów jak do wyszkolonych żolnierzy. Co do Markgrafskiego to niezupełnie bym się z Tobą zgodził. Owszem - cel wysokiego priorytetu, tak, ale można go było upolować na dziesięć różnych sposobów, tyle, że bardziej ryzykując, prawdopodobnie tracąc ludzi. A bojówka PPS nie chciała ryzykować bardziej niż to konieczne, ani tracić ludzi. I z zimną krwią spisała na straty generała wraz z rodziną. Chodziło mi o uwypuklenie pewnej postawy, zjawiska, że w walce nie ma sentymentów. Tylko tyle.
_________________ C'est grand malheur de ne pouvoir etre seul...
Pomógł: 7 razy Wiek: 35 Dołączył: 04 Gru 2007 Posty: 845 Skąd: Polska
Wysłany: 27-06-2008, 19:58
Nie zawsze trzeba zabijać, by pokonać wroga. Czasami można zabić go śmiechem i zawstydzić, dlatego przytoczę Wam - dla rozładowania atmosfery, bo dyskusja stała się tu dość gorąca - wpis dowódcy oddziału WIN, który rozbroił posterunek MO bodaj na Podlasiu, do księgi służbowej tegoż posterunku:
,,Służba pełniona niedbale. Regulaminu nie znają. Na posterunku panuje ogólny bałagan. Broń brudna. Wnioskuję dla komendanta o 7 dni aresztu ścisłego".
A mogli zabić...
Pozdrawiam
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum