Wysłany: 18-11-2011, 08:15 Prokuratura: mamy dowód, że Krzysztof instruował porywaczy
Cytat:
"Fundamentalne sprzeczności" i luki w wersji rodziny Olewników
Kto brał udział w imprezie w domu Krzysztofa Olewnika, w wieczór kiedy doszło do porwania; kiedy o porwaniu zawiadomiono policję, w jaki sposób na ścianie w domu Olewnika znalazły się ślady krwi i czy Krzysztof mógł być widziany już po fakcie porwania, jako wolny człowiek - to tylko kilka pytań, na które śledczy nie mają jasnych odpowiedzi. Prokuratorzy znaleźli rozbieżności i luki w zeznaniach m.in. rodziny Olewników i dlatego nie wykluczają, że uprowadzenie Krzysztofa z jego domu w 2001 roku mogło zostać sfingowane.
Jak poinformował tvn24.pl śledczy od rana są w Drobinie, gdzie wraz z policją prowadzą przeszukania mieszkań i domów członków rodziny w poszukiwaniu dowodów. Prokuratorzy swoje działania zaczęli m.in. w domu Ewy i Włodzimierza Olewników.
Tezę o sfingowaniu porwania Olewnika mogą potwierdzać m.in. rozbieżności i niejasności w zeznaniach świadków, w tym także członków rodziny Olewników: - Istnieją fundamentalne sprzeczności w zeznaniach świadków opisujących przebieg wydarzeń związanych z piątkową imprezą i sobotnim porankiem. Wątpliwości nasuwają się też w związku z oględzinami domu Krzysztofa Olewnika i opisem jaki przedstawia jeden ze skazanych, Artur Rechul. Są też zeznania świadków, którzy twierdzą, że widzieli Krzysztofa Olewnika już po 27 października 2001 r. w okolicznościach wskazujących na to, że nie był uprowadzony – wylicza rzecznik prokuratury apelacyjnej w Gdańsku Krzysztof Tyrka.
Podważają oficjalną wersję
Rok temu tvn24.pl ujawnił przełomowe odkrycie krakowskich śledczych – ślady krwi nieznanej osoby w domu Krzysztofa. Z badania wynikało, że należała ona do mężczyzny. Prokuratorzy oficjalnie przyznali, że podejrzewają, iż przed uprowadzeniem w domu Krzysztofa mogło dojść do zabójstwa. I w tym właśnie upatrują motyw ewentualnego sfingowania porwania Krzysztofa.
Rodzina odcięta od nowych dowodów
Nowa hipoteza mogłaby tłumaczyć, dlaczego świadkowie, którzy przewinęli się przez dom Krzysztofa 26 i 27 października 2001 roku, nie przedstawiają spójnej wersji i mylą się w swoich zeznaniach.
Wątpliwości wobec zeznań rodziny i świadków nasiliły się wiosną tego roku, po zakończeniu serii prokuratorskich eksperymentów w domu Krzysztofa i przesłuchań wszystkich osób, które gościły w tam w krytycznych dniach.
O tym, jak duże są to wątpliwości, świadczy odebranie przez Prokuraturę Apelacyjną w Gdańsku wiosną tego roku rodzinie Olewników dostępu do akt śledztwa w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa. Jako pokrzywdzeni ojciec i siostry mieli do nich dostęp.
Rozszerzone zarzuty ws. Olewnika
Gdańska prokuratura rozszerzyła w piątek zarzuty dla Remigiusza M. i... czytaj więcej »
Lista głównych wątpliwości
Wtedy zaczęliśmy dociekać, co skłoniło prokuratorów do takiego ruchu. Za zgodą Sądu Okręgowego w Płocku zapoznaliśmy się z aktami poprzednich śledztw, aż do procesu oskarżonych o porwanie (2008 rok). W tych protokołach znaleźliśmy rozbieżności i luki. Weryfikując nasze ustalenia, rozmawialiśmy nieoficjalnie z policjantami pracującymi przy sprawie i z posłami z komisji śledczej, którzy poznali ustalenia śledztwa.
Zapytaliśmy o nie prokuraturę. Oskarżyciele potwierdzili, że je badają.
OTO LISTA GŁÓWNYCH ROZBIEŻNOŚCI I LUK
- Kto i kogo zapraszał na kolację z domu Krzysztofa
W piątek, 26 października około godz. 18 Włodzimierz Olewnik wraz z zięciem Lechem M. i Jackiem K., przyjacielem jego syna, zaczęli pić wódkę z policjantami z komendy w Płocku. Impreza odbywała się w domu Krzysztofa Olewnika. Przedsiębiorca parokrotnie zmieniał wersję o tym kto, kogo zaprosił.
Zeznając tuż po zniknięciu Krzysztofa stwierdził, że „mój syn (…) zrobił kolację dla grona kolegów (…)” i wymienił m.in. nazwiska płockich policjantów. Zaś matka Krzysztofa zeznawała w 2002 roku: - Z tego co wiem, to głównym organizatorem był Kęsicki (Wojciech, policjant – red.). Później, m.in. przed sejmową komisją przedsiębiorca zmienił swoją pierwszą wersję i też twierdził, że pomysłodawcą był Kęsicki.
Natomiast część świadków, w tym zaproszeni policjanci z Płocka twierdziło, że zaprosił ich Włodzimierz Olewnik. Do dzisiaj nie ma pewności kto był pomysłodawcą niecodziennej imprezy lokalnej policji z przedsiębiorcą i jego synem.
Rozbieżne są też powody zorganizowania tego przyjęcia. Na początku Włodzimierz Olewnik przedstawiał wersję, że zaproszeni zostali policjanci z lokalnej drogówki, których miał urazić Krzysztof złapany w trakcie kontroli drogowej. Jednak żaden z zaproszonych policjantów nie pracował w drogówce. Byli to funkcjonariusze z Wydziału Postępowań Administracyjnych, zajmujący się m.in. wydawaniem pozwoleń na broń. Goście dopytywani przez prokuraturę mylili się w zeznaniach, wycofywali z wcześniejszych stwierdzeń i nie potrafili jednoznacznie powiedzieć, jak przebiegała impreza, kto i po co ich na nią zaprosił oraz co ostatecznie wydarzyło się w domu.
- Gdzie była wieczorem Danuta Olewnik
Z lektury akt sądowych wynika, że siostra Krzysztofa, Danuta Olewnik–Cieplińska i jej mąż Klaudiusz Ciepliński nie opowiedzieli o wszystkim, co robili w noc zniknięcia jej brata. W trakcie przesłuchań w 2004 twierdzili, że wieczór i część nocy 26 października (piątek) spędzili w kinie i na kręglach w Warszawie. Tego wieczora Danuta dzwoniła do Krzysztofa, bo jak twierdzi, ten miał do nich dojechać. Po tych przesłuchaniach prokuratorzy zdobyli zeznania innych świadków, którzy widzieli małżeństwo w piątek wieczorem w Płocku, w klubie „10.5”. Tę rozbieżność zauważył jeden z prokuratorów i zaczął przesłuchiwać siostrę i szwagra Krzysztofa.
W 2005 roku małżeństwo przyznało, że wieczorem byli także w Płocku. To ważne dla śledztwa, bo z zeznań uczestników imprezy w domu Krzysztofa wiadomo, że Krzysztof około północy był w Płocku, odwożąc policjantów z imprezy. Czy spotkał się tam z siostrą? Prokuratorzy przyznali oficjalnie, że w zeznaniach świadków mówiących o wydarzeniach z piątku i soboty są „fundamentalne rozbieżności” i niejasności.
- Kto pojechał jako pierwszy do domu Krzysztofa
Szczepan J. i Zbigniew K., dwaj zaufani pracownicy Włodzimierza Olewnika zeznali, że na polecenie swojego szefa – przekazane przez kasjerkę zakładu - pojechali w sobotę około godz. 9 rano do domu Krzysztofa, by sprawdzić „czy coś się stało” (Olewnik nie mógł się dodzwonić do syna). Zbigniew K. był bliskim kolegą Krzysztofa, miał klucz od jego domu. Twierdzili, że pod domem spotkali się z ojcem Krzysztofa.
Tej wersji zaprzecza sama kasjerka zakładów, zeznała, że odebrała telefon nie od Włodzimierza ale od Ewy Olewnik (matki Krzysztofa) która prosiła, by jacyś pracownicy pojechali sprawdzić co się stało w domu Krzysztofa. Kobieta utrzymuje też, że nie przekazywała tego polecenia Szczepanowi J. i Zbigniewowi K. tylko dwóm innym pracownikom. Z kolei sam ojciec przesłuchany przez policję w sobotę 27 października o godz. 11 stwierdził, że nie pamięta, z jakimi pracownikami pojawił się w domu syna dwie godziny wcześniej.
- Kto i czemu posprzątał po imprezie
Jedna z największych luk w oficjalnej wersji to brak śladów błota i piasku, który powinni nanieść porywacze. Wchodzili oni bowiem do domu Krzysztofa, przechodząc przez pole kukurydzy. Z policyjnych oględzin wynika, że ktoś musiał posprzątać w domu Krzysztofa po imprezie, która się tam odbyła. Zmyto m.in. podłogę. Policjanci z kolei nie zabezpieczyli śladów ze stołu, które mogły dać odpowiedź, kto faktycznie był na przyjęciu. W śledztwie tłumaczyli, że Włodzimierz Olewnik powiedział im, że nie ma takiej potrzeby, bo on pamięta wszystkich biesiadników. Prokuratura wciąż wyjaśnia czy policjanci mówią prawdę. Rodzina Olewników twierdziła, że porywacze musieli zatrzeć ślady.
- Skąd ślady krwi w domu Krzysztofa
Kolejna niejasność to ślady krwi w domu Krzysztofa. Biegli kategorycznie stwierdzili, że krew została naniesiona „statycznie”, czyli tak, jakby celowo rozmazano ją na ścianach i podłodze. Przed sejmową komisją śledczą mówił o tym także mjr Leszek Cybulski z Płocka, szef policyjnej sekcji kryminalnej. - Te ślady wyglądały, według mnie (...) tak, jakby zostały naniesione specjalnie, by podkreślić dynamiczne działanie – tłumaczył funkcjonariusz.
- Kto strzelał i do kogo
Kolejna luka dotyczy strzału w domu Krzysztofa. Artur Rechul, jeden z porywaczy (skazany w 2008 roku na 12 lat więzienia) w swoich wyjaśnieniach nigdy nie wspominał o strzale, jaki padł w domu Krzysztofa. O tym fakcie przypomniał sobie dopiero w zeszłym roku, kiedy media podały, że w domu odnaleziono krew nieznanego mężczyzny i łuskę po naboju. Zeznał wtedy, że hersztowi porywaczy Wojciechowi Franiewskiemu wypalił pistolet (Franiewski został skazany w 2008 r. na dożywocie). Tym wyjaśnieniom przysłuchiwała się Danuta Olewnik-Cieplińska, której obecności na przesłuchaniu zażądał wcześniej Rechul. Prokuratorzy oficjalnie przyznają, że mają wątpliwości co do wyjaśnień Rechula, który jako jedyny ze skazanych opisał przebieg porwania Krzysztofa. Fakt, że dopiero po latach przypomniał sobie wystrzał w dniu porwania zdaniem prokuratorów może świadczyć o jego niewiarygodności.
- Dlaczego rodzina nie zgłosiła ważnego świadka
Jedna z największych niejasności dotyczy świadka, o którym rodzina Olewników nie poinformowała prokuratury. W listopadzie 2001 r. mieszkaniec Drobina podwoził Ireneusza Piotrowskiego (skazany w 2008 roku na 14 lat więzienia za udział w porwaniu). Gangster twierdził, że pilnuje Krzysztofa. Świadek przekazał tę wiedzę zięciowi Włodzimierza Olewnika - Lechowi Mikołajewskiemu (mąż Anny Olewnik, drugiej siostry Krzysztofa – red.) - na przełomie 2001 i 2002 roku. Dopiero w 2009 roku, z innych źródeł prokuratura dowiedziała się o tym świadku.
- Istnieje świadek, który nie został przesłuchany na wcześniejszych etapach śledztwa albowiem wiedzę o jego istnieniu miała tylko rodzina Olewników, a nie policja i prokuratura. Dowiedzieliśmy się o nim dopiero w 2009 roku i wtedy go przesłuchaliśmy - mówi nam prokurator Jarosław Paluch, szef zespołu śledczego badającego sprawę. Ustaliśmy, że zięć Włodzimierza Olewnika tłumaczył to tym, że świadek prosił go o zachowanie ich rozmowy w tajemnicy.
- Czy Krzysztof faktycznie był więziony
Kolejna, ogromna rozbieżności jak i luk w śledztwie dotyczy tego, czy Krzysztof rzeczywiście był przetrzymywany siłą od listopada 2001 roku. Portier hotelu „Mazurkas” w Ożarowie Mazowieckim trzykrotnie zeznawał (w latach 2002 – 2008), że widział Krzysztofa całego i zdrowego w czasie, gdy według wyjaśnień skazanych za porwanie, miał być więziony na działce Wojciecha Franiewskiegow Kałuszynie. - (…) On był bardzo sympatyczny, kontaktowy – mówił o Krzysztofie Zdzisław Ś.
Rozpoznał go na zdjęciach, wskazał też na fotografię rosyjskiego biznesmena z Płocka, Wiktora K., jako mężczyznę, który towarzyszył Krzysztofowi. Biznesmen prowadził interesy z firmą Krzysztofa (Wikotr K. w zeznaniach zaprzeczał, by był w „Mazurkas”). Zeznania portiera są sprzeczne z wyjaśnieniami skazanych za porwanie, którzy twierdzili, że więzili Krzysztofa.
Byli też inni świadkowie, którzy zeznali, iż wiedzieli mężczyznę podobnego do Krzysztofa swobodnie chodzącego po działce herszta porywaczy. Jedna z sąsiadek Franiewskiego zeznała, że latem 2002 roku na tej działce widziała młodego mężczyznę koszącego trawę. Policjanci okazali jej zdjęcia Krzysztofa i jego znajomych. Kobieta rozpoznała bliskiego kolegę Olewnika – Dariusza C., który jest łudząco podobny do Krzysztofa. Prokuratura wciąż bada, co tak naprawdę działo się z Krzysztofem.
Policjanci, którzy w pierwszych latach prowadzili dochodzenie, są obecnie podejrzani o zaniedbania w śledztwie, przez które nie udało się im uratować Krzysztofa przed śmiercią. Oni też badali hipotezę o samouprowadzeniu, ale pod zupełnie innym kątem. Upatrywali motywów w kłopotach finansowych Krzysztofa (1 mln zł długów), a także w konflikcie z ojcem.
Maciej Duda, dziennikarz śledczy tvn24.pl (m.duda2@tvn.pl)/ola, mat
W 75 dniu porwania Krzysztof Olewnik był w centrum Warszawy, zamiast leżeć skrępowany w piwnicy porywaczy w okolicach Kałuszyna. Biegli z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych odczytali jego głos nagrany przez telefon komórkowy porywaczy. Młody biznesmen wydawał instrukcje jednemu ze swoich oprawców, co ten ma mówić jego rodzinie. Informacje te przekazała tvn24.pl Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku. Ma to być główny dowód na sfingowanie porwania.
Zbigniew Niemczyk, wiceszef Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku w przesłanym nam oświadczeniu podał wyniki najnowszej, nieznanej jeszcze ekspertyzy biegłych. Parę tygodni temu specjalistom z Krakowa udało się zidentyfikować nieznany głos, który nagrał się na telefonie komórkowym osób podających się za porywaczy, podsłuchiwanym przez policję.
Porwany instruuje porywaczy
Prokurator Niemczyk: „Osoba (…) przed rozpoczęciem połączenia instruuje mężczyznę, który przeprowadza późniejszą rozmowę z członkiem rodziny Olewników. Jak wykazały badania osobą instruującą późniejszego rozmówcę był Krzysztof Olewnik” – pisze prokurator. W rozmowie z nami tłumaczy, że w tym przypadku nagrywanie włączyło się już po wybraniu na telefonie komórkowym numeru, zanim członek rodziny Olewników zdążył odebrać. W tym czasie nagrał się głos Krzysztofa stojącego tuż obok jednego z porywaczy.
To nie wszystko. Okazuje się, że wbrew ustaleniom sądu, który skazał porywaczy, Krzysztof w styczniu 2002 roku nie był przetrzymywany siłą. Według ustaleń Sądu Okręgowego w Płocku i wyjaśnień dwóch porywaczy, młody biznesmen był w tym czasie przykuty łańcuchami do ściany piwnicy domu Wojciecha Franiewskiego, herszta szajki porywaczy w okolicach Kałuszyna.
Tymczasem nagrana rozmowa odbyła się dokładnie 75 dnia okresu uznawanego za czas porwania Krzysztofa. „Na podstawie innych dowodów ustalono, że dowodowa rozmowa została przeprowadzona w godzinach przedpołudniowych w centrum Warszawy, na zewnątrz, a w trakcie utrwalonego zdarzenia w pobliżu przejeżdżały samochody” – pisze prokurator Niemczyk.
Brak oryginałów nagrań
Nagranie i opinia biegłych to – według prokuratury - główny dowód na sfingowanie porwania . Był to jeden z głównych powodów, dla których prokuratorzy i Centralne Biuro Śledcze przeszukali w czwartek dom Włodzimierza Olewnika i mieszkania jego córek . W jego trakcie Olewnikowie zostali przez prokuratorów zapoznani z tą opinią. Jednak Włodzimierz Olewnik nie ujawnił tego w swoim oświadczeniu.
Prokurator Niemczyk zaznacza, że wydał swoje oświadczenie w reakcji na stanowisko nestora rodu Olewników, który stwierdził, że czwartkowe przeszukania w jego domu były nieuzasadnione
"Szukamy prawdy"
Dodał także, że powodem przeszukania było poszukiwanie oryginałów innych rozmów rodziny z Krzysztofem. Niektóre z nich, które wcześniej przekazał Włodzimierz Olewnik – jak wynika z ekspertyz - okazały się niekompletne lub były tylko kopiami.
- W śledztwie były popełnione bardzo poważne błędy zarówno prokuratury jak i policji. Jest to fakt niewątpliwy. Jednak nie zwalnia nas to z obowiązku ustalenia prawdy o losach Krzysztofa Olewnika - powiedział tvn24.pl Niemczyk.
Bestialski mord
Według ustaleń procesu porywaczy Krzysztof Olewnik został uprowadzony ze swojego domu w nocy 27 października około godz. 1 w nocy przez Franiewskiego i towarzyszących mu porywaczy. W polu kukurydzy obserwowali oni imprezę Krzysztofa z policjantami. Franiewski się nie bał i w trakcie przyjęcia wszedł tylnymi drzwiami do domu. Czekał w ukryciu. Po imprezie wpuścił pozostałych kompanów, ogłuszyli Krzysztofa i go wywieźli. Od listopada aż do lipca 2003 roku Krzysztof miał być przetrzymywany skuty łańcuchami w piwnicy domu Franiewskiego w Kałuszynie.
Zabójcami Krzysztofa Olewnika byli Sławomir Kościuk i Robert Pazik, obaj skazani w 2008 roku na dożywocie. Według ustaleń procesu we wrześniu 2003 roku Pazik i Kościuk wywieźli swoją ofiarę na wysypisko śmieci w lesie pod Dzbądzem pod Różanem na Mazowszu. Pazik skrępował Krzysztofowi Olewnikowi ręce i nogi. Na głowę założył kominiarkę oklejoną taśmą i kilka foliowych worków. Pazik przytrzymywał głowę ofiary, żeby nie docierało powietrze, leżąc na klatce piersiowej mordowanego. Sławomir Kościuk trzymał nogi. Zabójcy owinęli ciało metalową siatką i zakopali w przygotowanym dole.
Policjantka popowiada
Kościuk zaczął „sypać” w śledztwie wieczorem 27 października 2006 r. Dorocie M. z olsztyńskiego oddziału Centralnego Biura Śledczego wyjawił, że zwłoki wraz z Pazikiem zakopali w lesie pod Różanem. Od razu po tym przesłuchaniu, wraz z Kościukiem na to miejsce pojechała ekipa policjantów i prokuratorów. Policjanci nagrali jak Kościuk wskazuje miejsce ukrycia ciała Krzysztofa. Na filmie widać, że przestępca się waha, niepewnie wskazuje jakieś miejsce. Wtedy w tle słychać głos policjantki, która podpowiada, że to nie tutaj. Dopiero potem porywacz pokazuje właściwe miejsce. Zwłoki odkopuje dwóch policjantów. Gdy są widoczne, jeden mówi: "siatka się nie zgadza, miała być plastikowa, a jest metalowa". Wtedy w tle słychać tłumaczenie Kościuka, że siatka miała być plastikowa, ale jest metalowa, bo Franiewski twierdził, że taka będzie lepsza. Te niejasności wyjaśnia teraz Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum